wtorek, 21 listopada 2017

O poszukiwaniu skarbów, czyli bookcrossing jest fajny


Miesiąc temu przy okazji przeglądu książek o minimalizmie napisałam, że mój domowy księgozbiór zaczął mnie przytłaczać. Z tej przyczyny postanowiłam nie tylko ograniczyć kupowanie i znoszenie do domu kolejnych książek, ale i posiadane zaczęłam rozdawać znajomym lub zostawiać na półkach bookcrossingowych. To się nie zmieniło, a nawet lepiej – kilka książek wzbogaciło zasoby mojej biblioteki. Mam nadzieję, że będą służyć dużej ilości bywalców biblioteki. Zamiast karty debetowej częściej w użyciu bywa teraz karta biblioteczna. Pożyczki książek od znajomych również często wchodzą w grę.

No i niby wszystko powinno być fajnie, bo książek na półkach powinnam już mieć odczuwalnie mniej, to jakoś szczególnie tego nie zauważyłam. Po pierwsze nie jestem jedyną osobą w naszym domu, która przynosi kolejne książki (Pan R. ostatnio przyniósł hurtem cztery sztuki), a po drugie – nie potrafię się oprzeć czarowi bookcrossingu ;)

Fika z książkami, czyli przegląd nowych książek przyniesionych przez Pana R.;)


Na wymianach książkowych czuję się jak poszukiwaczka skarbów lub poławiaczka pereł. Zresztą całkiem słusznie, bo łupy zdają się to potwierdzać. Jestem na ten przykład zakochana w ilustracjach w „Leśnych obrazkach” i „Bajce o carze Sałtanie” A. Puszkina. Natomiast książce od „Od bieguna do bieguna” wieszczę sukces, kiedy mały Jacek podrośnie trochę więcej. A są jeszcze inne:


Kilka bookcrossingowych książek dla Jacka :)




Ilustracja do "Bajki o carze Sałtanie" Aleksandra Puszkina:




"Zwierzęta nocą" już "czytamy" :)




Bardzo lubię książki przyrodnicze. Dedykowane dla dzieci "Góry" są świetnie opracowane i zilustrowane.








"Ogród zoologiczny Doktora Dolittle" też mają pocieszne ilustracje ;)




"Od Bieguna do Bieguna" zasługują na osobny wpis!




"Leśne obrazki" doczekały się recenzji. Jestem zakochana w tej książce.




Pierwszy Atlas Świata dla Jacka, czyli IKEA Family.




A dzisiaj… dzisiaj trafił mi się piękny album Taschena z ilustracjami wszystkich budowli Antoniego Gaudiego. Pozostałe książki zapewne ucieszą dwie panny z rodziny.


I jak tu nie kochać bookcrossingu ;) Czy też jesteście poszukiwaczami książkowych skarbów?



sobota, 18 listopada 2017

Jackoteka: O jeździe samochodem z dzieckiem, audiobookach i kotach ;)


Jazda samochodem z dzieckiem może być przyjemna, męcząca lub… wyzwalająca kreatywność ;)
Kiedy Jacek był noworodkiem, a potem młodszym niemowlakiem przewożenie go w typowym foteliku dla niemowlaków (w nosidełku nazywanym przeze mnie skorupką) było cacy. Odpalało się silnik, ruszało do przodu, a po maksymalnie pięciu minutach jazdy młodzież szła w kimono. 

Ale im Jacek starszy, tym bardziej pod górkę. W ostatnim czasie użytkowania skorupki zostałam operatorem wiatraczka, którego to otrzymaliśmy pewnego razu od miłego pana z recepcji Luxmedu. Moja kreatywność zadziałała, co nie zmieniło faktu, że zakup nowego, większego fotelika był już konieczny, gdyż mały Jacek ponad 2 tygodnie temu nie tylko stracił już status niemowlaka, ale też prawie wyrósł z dotychczasowego fotelika.

Zatem po wycieczce do warszawskich Ośmiu Gwiazdek (polecam!) zakup został dokonany i zamontowany. Kolejny fotelik oczywiście wciąż tyłem do kierunku jazdy (i niezmierzenie szwedzki – tak a propos moich ostatnich czytelniczych obsesji). I wprawdzie nabytek zajmuje mnóstwo miejsca w naszym małym aucie, za to Jacek jest zadowolony. Siedzi jak król na tronie i z wysokości wszystko widzi lepiej. Wiatraczek więc pewnie chwilowo pójdzie w odstawkę ;) A później coś wymyślę.

Mam za to pomysł na czas… dużo do przodu ;) Nastoletnia siostra Jacka w wieku wczesnoszkolnym bardzo lubiła słuchać audiobooków. A ponieważ przez długi czas fascynował ją świat Harry’ego Pottera, trzecią część przygód młodego czarodzieja (którą czytał Piotr Fronczewski) słuchaliśmy w aucie po wielokroć i mieliśmy wrażenie z Panem R., że niebawem nauczymy się tej książki na pamięć ;) 
Może będzie jeszcze taka szansa przy Jacku, haha. Na razie w zasobach mamy dwa audiobooki Astrid Lindgren i myślę, że zanim Jacek podrośnie do nich na tyle, że będzie ich słuchał świadomie: po pierwsze upłynie w Wiśle jeszcze dużo wody, po drugie powiększymy zbiór słuchowisk i po trzecie zgromadzimy jeszcze inne samochodowe czasoumilacze.



Na przykład coś w podobie quizów Kapitana Nauki z wydawnictwa Edgar. Dwa lata temu tutaj na blogu opublikowałam recenzję świetnej książki Co jest, kocie? o kocim zachowaniu autorstwa behawiorystki Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk. Kto jest kociarzem, a jeszcze nie zna tego tytułu, to gorąco polecam nadrobić lekturę. Tymczasem dla młodszych czytelników tejże autorki sprawdzi się taki niepozorny zbiór ciekawostek:



SuperQuiz KOTY zawiera 54 kartki z ciekawostkami i przydatnymi informacjami o kotach. Krótki tekst z jednej strony, a z drugiej po trzy pytania porządkujące wiedzę. Dla dzieciaków w sam raz, a i dorośli mogą się z tych lapidarnych tekstów wiele dowiedzieć o kotach. A jeżeli koci temat nie jest zbyt atrakcyjny, to warto poszukać innych quizów z tej serii: Piłka nożna, Ciało człowieka, Zwierzęta, Polska, Świat i inne. 







Tak więc samochodowa przyszłość z trochę większym, niż obecnie pasażerem na pokładzie widzi mi się całkiem nieźle. Tymczasem nie chowam jeszcze wspomnianego wiatraczka, lemurka i pacynek. Kto wie, kiedy widok z nowego szwedzkiego tronu znudzi się małemu książątku ;)
A Wy jakie macie patenty na bezproblemową jazdę samochodem z dzieckiem?

________________________
Małgorzata Biegańska-Hendryk, SuperQuiz KOTY, wyd. Edgar 2017


piątek, 27 października 2017

O książce jak mleczna czekolada. Remigiusz Mróz – Oskarżenie


 Podeszli do stolika, jeden z nich położył rękę na odpiętej kaburze pistoletu.
- Kordian Oryński?
- Tak, ale…
- Jest pan zatrzymany.
(…)
- Zaraz, to jakieś…
- Proszę zachować spokój. (…) Pójdzie pan  z nami – oznajmił jeden z nich. (…)
Kordian pod obstawą dwóch policjantów ruszył w kierunku wyjścia. (…) Joanna odprowadziła go wzrokiem nie ruszając się ani o krok.*

Wprawdzie to czekolada mleczna bez orzechów, ale też była dobra ;)


Za niespełna tydzień ja i mały Jacek w zaledwie dwudniowym odstępie będziemy obchodzić swoje urodziny. To przypomniało mi o czekoladzie. W czasach podstawówki urodziny zwykle wyglądały tak, że przychodziła skromna garstka koleżanek, kolegów i/lub kuzynostwa, ja częstowałam tortem upieczonym przez mamę, a w ramach prezentu dostawałam zwykle po tabliczce mlecznej czekolady. Kilka godzin zabawy, czasem jakaś gra w Eurobiznes lub Fortunę (Justa, pamiętasz?). Tyle. I tak sobie myślę, że to było takie zwykłe, minimalistyczne i przede wszystkim urocze. Włączając w to te tabliczki mlecznej czekolady. Osobiście uważam, że to jeden z lepszych prezentów.

Ale od kilku lat moja miłość do mlecznej czekolady (do dzisiaj nie znoszę białej) ustąpiła pola gorzkiej (ówcześnie zjadliwej w ostateczności). W zasadzie im bardziej gorzka, tym lepiej. Często z Panem R. zajadamy się taką 90%. Ale nadal bywa tak, że czasem nachodzi mnie ochota na obrzydliwie słodką czekoladę mleczną, najlepiej taką w typie Nussbeisser. W szybkim tempie pożeram  całą tabliczkę (żeby nie było – ze smakiem oczywiście), a potem żałuję, że znowu dałam się zwieść ;) I z radością wracam do bardzo gorzkiej.


„Oskarżenie”, czyli ciąg dalszy przygód Chyłki i Zordona przeczytałam bardzo szybko (o dzięki wam, drzemki mojego syna!), zresztą jak każdą poprzednią książkę z tej serii . I chociaż nie mogłam się oderwać od książki, to czułam w niej, oj czułam niezłe zgrzyty. Zupełnie, jakby mi do tej mlecznej czekolady dorzucili łupinki z tych orzechów laskowych. 

Nie bardzo widzę sens opisywania fabuły, bo dla tych, co serii nie znają, rekomenduję zacząć czytać od pierwszego tomu, bo autor zachowuje ciągłość niektórych zdarzeń, a lubisiom, którzy są na bieżąco zepsuję zabawę. Napomknę tylko, że na tapet poszła tym razem sprawa dawnej (fikcyjnej) legendy „Solidarności”.
W wolnej Polsce facet został skazany za kilka zabójstw, ale pojawiają się nowe fakty, które podważają zasadność zasądzonej kary. Na prośbę żony byłego opozycjonisty adwokatem skazanego zostaje oczywiście Chyłka, ale potem sprawa się rypie. I tutaj zaczyna się już ta część czekolady z laskowymi łupinkami. Bo Kordian wpada w bezsensowne tarapaty, a  bebzol Chyłki rośnie, rośnie i rośnie… a ona sama im brzuch większy, tym język mniej cięty. W każdym bądź razie nadchodzą rozwiązania sprawy Kordiana i ciąży Chyłki, ale w ten sposób, że aż zazgrzytałam zębami, bo finał obu sytuacji był dla mnie dość przewidywalny. Na plus poczytuję schowanie do szafy Żelaznego (nie cierpię typa, cóż poradzić). Ale znowu Langer i Gorzym? No kaman! Czy my jesteśmy w serialowym Klanie z Jedynki, że w każdej sprawie tworzy się krąg wzajemnej znajomości? 


No dobrze, wyzłośliwiłam się, a teraz przejdę do pewnego zdjęcia. To jest fragment „Oskarżenia”, który opublikowałam na Facebooku.


Otóż urzekł mnie pod zdjęciem jeden z komentarzy, który napisała Marta Cz.:
Kupiłam "Oskarżenie" w dzień premiery, ale zlitowałam się nad mamą, która truła mi całe lato, że się martwi o Chyłkę, więc odżałowałam i dałam jej do poczytania nowy tom w pierwszej kolejności. A dzisiaj mi walnęła takiego spojlera, że prawie się udławiłam kawą, bo, cytuję "jak ten Mróz tak może poniewierać swoimi bohaterami" i ona się zdenerwowała i musiała się komuś wyżalić. Ostatni raz dostała pierwsza do czytania.


Ależ mnie rozbawił fragment, w którym mowa, że mama martwi się o Chyłkę. Choć przyznaję też, że poczułam małe ukłucie, bo… no bo ja też bym się chciała o nią martwić… A tak w ogóle, to chciałabym tak żyć perypetiami obojga bohaterów, jak jest to w udziale ogromniej rzeszy czytelników książek Remigiusza Mroza. Trochę nad tym ubolewam, bo wtedy lektura jest lepszą zabawą. 

Tymczasem… doszłam do wniosku, że w moim przypadku z kolejnymi tomami tej serii jest jak z tą mleczną czekoladą. Kiedy czytam, fabuła mnie wciąga jak domowy odkurzacz kocie kłaki moich dwóch kotów. Ale to jest nadal mleczna czekolada. Jest dobra, to fakt. Ale tylko od czasu do czasu. Na co dzień wolę jednak książki o smaku gorzkiej czekolady. Gusta i guściki. Cóż poradzić ;)


3/6
_____________________
* Remigiusz Mróz, Oskarżenie, wyd. Czwarta Strona
Egzemplarz do recenzji przekazało wydawnictwo Czwarta Strona

środa, 25 października 2017

O minimalizmie. Przegląd książek


Jednym z ostatnimi czasy modnych trendów jest minimalizm, a w związku z tym również dobry klimat na odgracanie, wyrzucanie, malowanie ścian na biało, budowanie capsule wardrobe, jogę, weganizm, hygge, lagom, skandynawski design i inne w ten deseń.

Osobiście z minimalizmem było mi po drodze odkąd pamiętam. Już wtedy, nim stał się modny. Po prostu nigdy nie byłam chomikiem, a zatem również zwykle zbyt wiele nie gromadziłam. Podczas wakacji żegnałam się już z zeszłorocznymi szkolnymi zeszytami, podręczniki szukały nowego właściciela (to jeszcze były te czasy, że z tych samych książek mogło korzystać kilka roczników uczniów), w domu rodzinnym to ja robiłam porządki w szafkach kuchennych, a nawet w szafie z ubraniami mamy nalegając, by pozbyła się tego, czego nie miała na sobie przez ostatni rok. Zwykle podobały mi się ascetyczne wnętrza, a swoisty horror vacui, jaki napotkałam w jednym z wynajmowanych pokoi działał na moje odczuwanie estetyki bardzo negatywnie. 

Miałam jednak marzenie, że będę miała kiedyś całą ścianę książek i dużo kwiatów. I rzeczywiście do niedawna byłam na dobrej drodze, aby tę całą ścianę w dość szybkim czasie upragnionymi książkami wypełnić. Ale potem rozpoczął się mój urlop macierzyński (notabene właśnie, chlip chlip, dobiega końca), który boleśnie zrewidował moją marzycielską wizję. Nadmiar książek, których wcześniej tak bardzo pragnęłam, o ironio! – zaczął mnie przytłaczać. Do tego stopnia, że od pewnego czasu stale go pomniejszam (rozdaję, sprzedaję, zostawiam na półkach bookcrossingowych) lub stosuję zamiennik 1:1 (jeden egzemplarz z półki ustępuje miejsca nowemu nabytkowi). Czuję się jak pies pasterski, który non stop krąży wokół stada. Z tą jednak różnicą, że nie zależy mi, aby wszystkie owieczki były ze mną zawsze. Chętnie przekazuję część mojej zwierzyny do stad innych pasterzy ;)

I chociaż wcale nie czuję się modna w tym moim upraszczaniu (nie tylko w kwestii domowego księgozbioru) i minimalizowaniu, to bardzo lubię czytać minimalistyczne blogi i książki w tymże temacie. Pod koniec wakacji jednym setem przeczytałam poniższe cztery:


Że niby monotematycznie? Tak jakby, bo sama przed lekturą zastanawiałam się, co odkrywczego po pierwszej przeczytanej książce może być w trzech kolejnych. No i niespodzianka, bo każdą czytało się naprawdę przyjemnie. I w każdej odnalazłam coś dla niej charakterystycznego.



1. Dominque Loreau, Sztuka Prostoty, wyd. Czarna Owca 2011

Najbardziej dogmatyczna była Sztuka prostoty Dominique Loreau. Przede wszystkim autorka skierowała ją wyłącznie do żeńskiego grona czytelniczek. Napisała zatem nie tylko o korzyściach materialnych i finansowych z uproszczenia, ale rozprawiała o minimalizmie w szafie (jest z frakcji:  ubrania tylko w kolorze: biały, czarny i szary), kosmetyczce i na talerzu. Dużo było w tym ducha amerykańskiego coachingu, co niespecjalnie mnie przekonało (Staraj się być przejrzysta. Przejrzystość jest brakiem usztywnienia, pozwala człowiekowi promieniować wewnętrznie.). Jej sposób prezentowania minimalizmu był trochę zbyt nachalny. Nie poczułam japońskiego ducha tej książki (mimo że Loreau napisała całą serię książek w temacie minimalizmu bazując na swoich obserwacjach żyjąc od ponad dwóch dekad w Japonii). Jako książka wprowadzająca w temat upraszczania nie zachwyca, ale też nie zanudza. Warto jednak szukać dalej.



2. Francine Jay, Minimalizm daje radośc, wyd. MUZA SA 2016

Minimalizm daje radość Francine Jay rzeczywiście dał mi radość. Przede wszystkim z proekologicznego punktu widzenia. Ostatnimi czasy modna metoda Japonki Marie Kondo, chociaż bardzo użyteczna, nie przekonała mnie beztroskim wyrzucaniem, o czym nadmieniłam w recenzji jej książki. Francine Jay natomiast zwracała szczególną uwagę na to, aby nie pozbywać się bezmyślnie.  Nalegała, by przy odgracaniu szuflady, szafy, pokoju, mieszkania zastanowić się, co zrobić z niepotrzebnymi już rzeczami. Nie sztuką według niej jest się czegoś pozbyć, ale sztuką jest zrobić to mądrze, z rozwagą i poszanowaniem środowiska naturalnego. Recykling, upcykling, sprzedaż, podarowanie innym, przekazanie rodzinie, znajomym, potrzebującym – tak wiele możliwości, aby rzeczy, które zamiast zalegać na wysypisku śmieci mogą posłużyć komuś jeszcze. 

Francine Jay wprowadzanie minimalizmu proponuje autorską metodą STREAMLINE (każda litera tego słowa reprezentuje kolejny etap sprzątania domu). Bardzo użyteczną metodą są „moduły”, czyli pakowanie tematyczne w dedykowane temu szuflady, pudełka, kasetki, woreczki itp. (np. karton z przedmiotami do robótek na drutach, karton z kablami, lekami, zdjęciami…). W naszym domu Pan R. ma jedno pudełko dla swoich wszystkich kabli do gitary i basu, Jacek ma pudełko „kosmetyczne”, dzięki temu mogę go przewijać w dowolnym miejscu w domu mając wszystko pod ręką w tymże pudełku, odrębną szufladę mamy na rachunki, w szafce kuchennej pudełko ze słoiczkami na przyprawy, więc sama stwierdzam, że system modułów sprawdza się znakomicie. 

Ale to jeszcze nie koniec zalet tej książki. Dwie inne brzmią: fragmentacja i digitalizacja. Po co przechowywać całą suknię ślubną, której się już nigdy nie założy? Może lepiej byłoby wyciąć kawałek koronki i ją zachować w pudle wspomnieniowym? (fragmentacja). Naprawdę potrzebujesz tych wszystkich biletów wstępu podczas zwiedzania na wyjazdach? A może tylko zrobić im zdjęcie i zachować je w folderze w komputerze, a papierki wyrzucić? (digitalizacja). Digitalizację stosuję sama, fragmentację również zamierzam. Mnie to przekonuje.

Dodam jeszcze, że Jay zwracała uwagę na antykonsumpcjonizm (a ściślej na unikanie kompulsywnych zakupów, metodę 1 za 1 oraz metodę Pareto (np. w przypadku ubrań: przez 80% czasu nosimy tylko 20% zasobów szafy, a zatem – czy naprawdę potrzebujemy aż tyle ciuchów?).



3. Anna Mularczyk-Meyer, Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym, wyd. Black Publishing 2014
4. Anna Mularczyk-Meyer, Minimalizm dla zaawansowanych, czyli jak uczynić życie jeszcze prostszym, wyd. Black Publishing 2015

I na koniec w jednym podsumowaniu obie książki autorki Prostego bloga, Anny Mularczyk-Meyer: Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym i Minimalizm dla zaawansowanych, czyli jak uczynić życie jeszcze prostszym. To są (wprawdzie niezbyt obszerne) książki, które interesująco potraktowały temat upraszczania w polskim kontekście PRL-owskich niedoborów i następującego po nich od początku lat ’90-tych rozkwitu popytu i podaży dóbr. 

Przede wszystkim (i tutaj zaskoczenie) – autorka zwracała uwagę, że sama w sobie konsumpcja nie jest zła! Ważne, aby była zrównoważona, pozwalająca na zaspokajanie potrzeb z poszanowaniem środowiska naturalnego i racjonalnym wykorzystaniem zasobów, tak zewnętrznych, jak osobistych.
To, co najbardziej podobało mi się w obu książkach to przekonanie, że minimalizm jest przede wszystkim genialnym narzędziem do uporządkowania nie tylko swojej przestrzeni domowej, odnalezienia skrojonego na własną miarę stylu, zrównoważenia budżetu i odnalezienia źródeł oszczędności, ale również do nie wybiegania za bardzo do przodu, ale spokojnego cieszenia się chwilą. A jednocześnie podkreślenie, że nowe zachowanie to ciekawa gimnastyka silnej woli podczas ćwiczeń z rezygnacji, kwestionowania oczywistości i przeformułowywania kulturowo narzucanych zwyczajów. 

A kiedy już dom będący skrzyżowaniem magazynu, izby pamięci i biblioteki zyska na lekkości, okazuje się, że można w tym upraszczaniu pójść dalej i zaskoczyć się jak bardzo mogą się zmienić priorytety. Można nawet potraktować go bardzo duchowo, choć jednocześnie Anna Mularczyk-Meyer przekonywała, że niekoniecznie nagle trzeba zgłębiać buddyzm. Bo religijny kontekst prostego życia nie kryje się tylko w Japonii, do której tak chętnie odwołuje się wspomniana wyżej Dominque Loreau. 

Z innej strony - minimalizm rozumiany wyłącznie jako modny eksperyment będzie tylko chwilową ciekawostką, która pozwoli wyczyścić pole na kolejne porcje nadmiaru. Jednocześnie potraktowany zbyt  sztywno, bez dostosowywania do własnych potrzeb i stylu życia ze swoim umiarem stanie się równie uwierający co nadmiar. Nie trzeba przecież odliczać przedmiotów do magicznej liczby stu lub ograniczać się do dwóch bluzek i jednych spodni, aby nazywać się minimalistą. Dla każdego według potrzeb, z wyznacznikiem zasady Pareta. 

Minimalizm po polsku – pierwsza z książek Anny Mularczyk-Meyer zawiera jeszcze kilka wywiadów, które przedstawiły odnajdywanie w prostym życiu swojej strefy komfortu jeszcze w innym świetle. To zaś przywołało mi w myślach książkę Marty Sapały Mniej, nie traktującej wprawdzie o upraszczaniu sensu stricto, ale wiele mającym z nim wspólnego. 

Prosty blog, będący punktem wyjścia do „Minimalizmu po polsku” i Minimalizmu dla zaawansowanych jest nadal aktualizowany. Wprawdzie niezbyt często, ale bardzo polecam jego lekturę. Od niedawna zaś Anna Mularczyk-Meyer została vlogerką, więc gorąco zachęcam, nawet jeszcze przed lekturą jej książek do obejrzenia kilku filmików. Z jednego nawet dowiecie się jak wyglądała dawniej i jak obecnie jej domowa biblioteka. Sama chciałabym dojść do takiego stanu książek, jaki Pani Ania ma obecnie ;)




Ufff! Bardzo to przewrotne, że o książkach traktujących o minimalizmie powstał taki długi tekst. Ciekawa jestem, czy ktoś zdołał dotrwać w lekturze do końca. Tymczasem ja nie mówię pass, bo jeszcze kilka tytułów mam zapisanych na liście do przeczytania. Ale o nich już będzie innym razem ;)

A dla tych, którzy wolą oglądać zamiast czytać polecam, oprócz już wyżej wspomnianego, kanały Pick up Limes i Jenny Mustard


_________________________
Dominque Loreau, Sztuka Prostoty, wyd. Czarna Owca 2011
Francine Jay, Minimalizm daje radośc, wyd. MUZA SA 2016
Anna Mularczyk-Meyer, Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym, wyd. Black Publishing 2014
Anna Mularczyk-Meyer, Minimalizm dla zaawansowanych, czyli jak uczynić życie jeszcze prostszym, wyd. Black Publishing 2015

wtorek, 10 października 2017

O (nie)zwyczajnych meblach. Isabell Bruno, Christine Baillet - IKEA na nowo. Zrób to po swojemu


Szwedzkiego sklepu IKEA nie trzeba jakoś szczególnie przedstawiać. Zna go większość i duża część z tej większości ma coś z ikeowskiego asortymentu w domu.
Rozejrzałam się po swoim kwadracie i hmmm… mamy stamtąd trochę rzeczy: stołki, krzesła, kanapę, regały i inne meble, tekstylia i pościel, naczynia i kuchenne akcesoria, maskotki i zabawki, lustra, kwiaty i trochę innej drobnicy, czasem pojawia się też spożywka… Nawet elementy tła dla książki na poniższym zdjęciu są z IKEA ;)

W roli tła: komoda Tarva, pokrywa pojemnika Hol, regał Expedit, kosz Bullig


I właśnie o IKEA będzie dzisiaj mowa - Grupa Wydawnicza Relacja wydała właśnie książkę o tym, jak można pobawić się meblami ze szwedzkiego sklepu. Pomysł wprawdzie nie jest ani nowy, ani rewolucyjny. Wszak od dawna istnieje już strona IKEA Hackers, która przedstawia pomysły na nieoczywiste wykorzystywanie zwykłych ikeowskich mebli. Autorki książki takie majsterkowanie nazwały DAYA (Do As You Are) „Zrób to po swojemu”, czyli kreatywne majsterkowanie o krok dalej, niż trend DIY (Do It Yourself). 

Książka przedstawia projekty o różnym stopniu trudności (łatwy, średni, trudny i ekspert) wykorzystujące popularne linie mebli m.in. Kallax, Kura, Frosta, Lack, Bekvӓm. 






Na pewno pokusimy się o realizację kilku z nich, szczególnie, że mam je w planach w takiej lub podobnej wersji już od dłuższego czasu (jeszcze zanim w ręce wpadła mi ta książka), bo sfera blogerska też jest bardzo kreatywna ;) O czym przekonacie się za chwilę.



Powyżej mamy komodę Malm z naklejonymi piktogramami. Podobny projekt przedstawiła Kasia Frenczak-Sito na swoim montessoriańskim blogu Kukumag. Kiedy mały Jacek będzie już samodzielniejszym małym Jackiem mam zamiar wykorzystać piktogramy przygotowane przez Kasię, które udostępniła do pobrania blogu.

Skoro jesteśmy już przy dziecku. Oto na zdjęciu stołek  Bekvӓm zamieniony na zabawkową kuchenkę. 


Pozostańmy więc jeszcze w klimatach montessoriańskiej samodzielności, bo tenże stołek można przerobić również na coś kuchennego dla dziecka, czyli podest Kitchen Helper

Zabawkową kuchenkę można również zrobić ze stolika Lack, o czym przekonuje jeden z projektów na wspomnianej wyżej stronie IKEA Hackers. Ale jak zabawa, to na całego, bo co powiecie na "planszówki"? ;)



W temacie poważniejszej aranżacji dla najmłodszych – łóżko Kura, która daje całe mnóstwo możliwości. Internet zawiera je całe mnóstwo, jednym z polskich projektów jest domek plażowy na blogu Agaty, czyli Ruby Times.



I jeszcze zabawki na okrągło, czyli ekspozycja ważna tak samo jak porządek ;)



Ale, ale! Żeby nie było, że tylko dziecko i dziecko. Dla siebie też coś znalazłam – tadam! Retro Kallax i biurowa wersja obrazów mojego ulubionego Mondriana :) I'm falling in love ;)





Książka zawiera notę Ani Grupa IKEA, ani żaden z jej podmiotów zależnych nie są w żaden sposób związani z wydawcą i zawartością tej książki. 


A szkoda! IKEA mogłaby nad tym pomyśleć i oprócz corocznych „zwyczajnych” katalogów serwować też coś na wzór tej książki. Przecież chwalą się, że ich meble można wykorzystać kreatywnie nie tylko w odniesieniu do regału Kallax.


6/6
___________________________________
Isabell Bruno, Christine Baillet, IKEA na nowo. Zrób to po swojemu (Réinventer IKEA), Grupa Wydawnicza Relacja 2017
Egzemplarz do recenzji przekazała Grupa Wydawnicza Relacja



środa, 4 października 2017

Światowy Dzień Zwierząt (ang. World Animal Day) 2017. Iwan Sokołow-Mikitow (tekst), Georgij Nikolski (ilustracje) - Leśne obrazki


Jednym z fajniejszych aspektów bycia mamą małego dziecka jest to, że tyle jest przed nami do zobaczenia, do nauczenia, do przekazania, do przedstawienia świata i obserwacji zachwytów małego człowieka.

Maria Montessori była zdania, że zanim dziecko wkroczy w świat baśni, bajek i nierzeczywistej fantazji najpierw powinno poznać świat realny, a wraz z nim cały aspekt piękna natury. Dlatego do około 6-go roku życia m.in. w dziecięcej biblioteczce powinny znajdować się głównie książki, które mu ten świat objaśnią i pokażą. Ważne przy tym, aby ilustracje były fotografiami lub odpowiednio odwzorowanymi rysunkami. I przede wszystkim powinny być piękne.

Całkiem niedawno w moje ręce trafiła (o dzięki ci, bookcrossingu!) prześliczna książka o życiu leśnych zwierząt. I od razu postanowiłam podzielić się nią przy okazji Międzynarodowego Dnia Zwierząt, który przypada właśnie dzisiaj.




„Leśne obrazki”, czyli książka z pozbawionym intantylizmu tekstem o życiu leśnych zwierząt, podzielona jest na cztery pory roku, bogato ilustrowana wysmakowanymi rysunkami z kreską będącą połączeniem (moim zdaniem) japońskiej sztuki malowania tuszem Suiboku-ga i zachodniej akwareli.
Wam może skojarzyć się naturalnie inaczej (ciekawa jestem jak), ale myślę, że zgodzicie się, że bez względu na to, jak ją określić – obrazy wyszły z tego fenomenalne. Wszystko to sprawia, że została obwołana najpiękniejszą książką w naszej domowej biblioteczce. To z radością odkryta przeze mnie, a dawno wydana (1989 rok) perełka. Zobaczcie zresztą sami: 






















__________________________

Iwan Sokołow-Mikitow (tekst), Georgij Nikolski (ilustracje), Leśne obrazki, wyd. Raduga Moskwa 1989




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...