środa, 13 grudnia 2017

Książka o Północy: Natalia Kołaczek - I cóż, że o Szwecji


Książki można czytać o północy w sensie pory dnia, ale można też się zafascynować i czytać o Północy w sensie obszaru na mapie Europy. Mnie jednak chodzi po głowie to drugie, zatem zrobi się tutaj trochę nordycko ;) A w szczególności szwedzko, bo oczarowała mnie atmosfera tego kraju. Startuję w dzień świąteczny, bo 13 grudnia obchodzony jest w Szwecji Dzień Świętej Łucji

Wszystko zaczęło się od jednego serialu na Netflixie, którym o mały włos w ogóle bym się nie zainteresowała. Bo ani tytuł (Rodzina plus) mnie nie zachęcił, a wręcz skojarzył z obecną sytuacją polityczną, ani jego plakat. 


Coś mnie jednak tknęło, aby przeczytać zarys fabuły, a tam okazało się, że i tytuł przyjemniejszy (Bonusfamiljen), a przede wszystkim jest to produkcja szwedzka. Ponieważ szczególnie lubuję się w kinie skandynawskim, więc którejś soboty odpaliłam pierwszy odcinek, a kilka dni później skończyłam oglądać sezon (niecierpliwie czekam na drugi!). No i wpadłam jak ta śliwka w kompot! Bo zakochałam się w melodii języka szwedzkiego (którego właśnie zaczęłam się uczyć) i zdałam sobie sprawę, że zasadniczo o Szwecji wiem niewiele. 

Rozpuściłam zatem wici u dziewczyn z Sabatowa z prośbą o pożyczkę kilku książek (Natalia, Ania – buziaki), przeszukałam też katalog mojej biblioteki. Później znalazłam się jeszcze na Allegro. W ten sposób jestem już o kilka książek mądrzejsza i ze zdobytą wiedzą… oglądam pierwszy sezon Bonusfamiljen raz jeszcze ;) Po pierwsze dlatego, że naprawdę mi się spodobał (przy tym cierpię na serialowy głód), a po drugie szukam i porównuję pewne rzeczy, o których wcześniej nie wiedziałam, a teraz po lekturze książek nagle w filmie są tak widoczne. Zakochałam się w Szwecji, mimo że (jak się okaże przy kolejnym artykule) tak zupełnie piękna to ona nie jest. Ale wszystko w swoim czasie.


Natalia Kołaczek, I cóż, że o Szwecji, Wydawnictwo Poznańskie 2017 (e-book)


Okazało się, że w temat zaczęłam wgryzać się z odpowiednią książką. Napisaną lekko, na luzie, z humorem i anegdotką. Potrzebny mi był właśnie taki kulturowy szkielet. Wszak do tej pory Szwecja to było dla mnie kilka wyrazów, m.in.: IKEA, klopsiki i żurawina, zimno, renifery, szafranowe bułki na wieczór św. Łucji, Sztokholm i Malmö (dawniej sporo grywało się w Monopol), kawa, trylogia Millenium Stiega Larssona i inne kryminały. To tak na szybko.

Ale jacy są Szwedzi i co to w ogóle za kraj ta cała Szwecja? Po lekturze okazało się, że chociaż zimna nie lubię, a zamiast kawy bardziej wolę herbatę, to jednak tam na Północy odnalazłabym się idealnie. Nawet ukułam stwierdzenie, że w poprzednim wcieleniu musiałam być choć w połowie Szwedką ;)

Zatem jaka Szwecja wyłania się z książki Natalii Kołaczek? Obraz piękny, bo przede wszystkim Szwedzi kochają przyrodę, rzeczywiście o nią dbają i są entuzjastami wypoczywania w zielonym terenie. A że połacie lasów mają obszerne, a narodu jest dość mało (ok. 9 milionów), to mogą korzystać do woli. Tym bardziej, że mają to zagwarantowane prawnie pod postacią Allemansrätten.

Są też w czołówce jeżeli chodzi o ochronę środowiska, a śmieci muszą… importować, aby utrzymać własne przetwórnie odpadów. Są innowacyjni, więc i wiele z przedmiotów, aplikacji i programów, z których na co dzień korzystamy jest właśnie rodem ze Szwecji. Na pewno znacie serwis muzyczny Spotify, ktoś z Waszych znajomych lub ich dzieci gra w Minecrafta, a dzieci wozicie w fotelikach tyłem do kierunku jazdy (Volvo jako pierwsze na świecie wprowadziło ideę fotelików RWF). 



Przy tym słyną z punktualności, w obcym domu na wejściu ściągają buty, są dość powściągliwi, więc chętnie korzystają z tzw. arga lappar (karteczek złości), a small talki nie są ich mocną stroną. Za to nie są pruderyjni i tematy wokół seksu i fizjologii traktują bardzo na luzie.

Jeżeli jeszcze ktoś myśli, że z wysokiego poziomu spożycia kawy słynie gorąca Italia, to może się zdziwić, że ten tytuł należy się jednak bardziej Szwecji pospołu z Finladią (kto czytał Millenium Larssona to już wie, skąd te hektolitry kawy w fabule). Zresztą Szwedzi kilka razy dziennie chętnie korzystają z fika, czyli społecznej instytucji przerwy na kawę z ciastkiem.  Ja kawę pijam z mlekiem, zaś Szwecję nazywa się krainą średniego mleka (1,5%). Ów Landet mellanmjölk to określenie szwedzkiej natury w sam raz. W tym miejscu należałoby również dorzucić słówko o specyfice lagom, czyli szwedzkiej filozofii życia, która po duńskim hygge jest ostatnio bardzo popularnym i modnym trendem w Europie. Ale lagom to już zagadnienie na osobny wpis.

Mogłabym dalej wymieniać, ale wtedy wszystko opowiem, a wolałabym namówić do samodzielnej lektury. Książka Natalii Kołaczek, choć niezbyt obszerna, to aż puchnie od ciekawostek. Jest zatem starterem do rozpoczęcia przygody ze Szwecją.


Wspomniałam wyżej, że przeczytałam już kilka książek o Szwecji. Dlatego dzisiejsza recenzja to wstęp do dalszych wpisów z cyklu Książka o Północy, które będą pojawiać się w najbliższym czasie. Zatem szykujcie się na małą nordycką książkową podróż. A w tak zwanym międzyczasie polecam blog Natalii Kołaczek, czyli Szwecjoblog

Ps. W Dzień Świętej Łucji w Szwecji opychają się szafranowymi lussekatter. Zatem tutaj przepis od Ambasady Szwecji w Polsce. Bierzcie, pieczcie i się zajadajcie ;)



poniedziałek, 11 grudnia 2017

Jackoteka: Brum brum! Czyli motoryzacja od małego


Od kiedy niemowlak Jacek został Jackiem toddlerem w domu zrobiło się nagle jakoś bardziej wielojęzycznie. Tym samym oprócz zgłębiania języka szwedzkiego uczę się również podstaw języka jackowego. Na razie z tym drugim jest dość łatwo, bo i słownictwo młodszego autora dopiero startuje. Jest zatem mama, tata, kot (a jakże!), hau hau (co ciekawe, w jackowym odzywa się tak nie tylko pies sąsiada, ale nasze osobiste oba koty ;)), kwa kwa (bo jest taka zabawka, plastikowa kaczka, która jeżdżąc zabawnie kłapie płetwami), łała (gitara i bas Pana R.), am am! (wszak progenitura bardzo lubi jeść) i last but not least: brum brum!


O tak! Brum brum jest na topie. Nie tylko często wypowiadane, ale również wcielane w życie, znaczy w ruch, bo i przy naszej pomocy (nadążając za motoryzacyjną pasją) aut Jacenty zgromadził już kilka. A jeszcze więcej w książkach, które „czyta” dość intensywnie. Ciekawi? No to jedziemy!





Pojazdy na budowie 
Pojazdy na ulicy 
Pojazdy w podróży


Wydawnictwo Aksjomat. Niszowe krakowskie wydawnictwo z ofertą książek i czasopism edukacyjnych dla dzieci. Tę serię wypatrzyłam na poczcie pośród zalewu katolicko-prawicowej oferty innych wydawnictw. 
Proste kartonowe książeczki, mało tekstu, rzeczywiste zdjęcia. Praktycznie nie ma się do czego przyczepić (chociaż można, ale to rzecz na osobny wpis). Ulubioną w tej serii, również w moim rankingu są Pojazdy na budowie (rozściełacz asfaltu i walec, yeah!).




Pierwsza książeczka malucha. W policji
Pierwsza książeczka malucha. Na budowie




Książek wydawnictwa Aksjomat ciąg dalszy. Tym razem w wersji rysunkowej i z poszerzoną treścią.  Nie tylko o pojazdach, ale i o tym do czego służą, o zawodach i typowych dla nich „akcesoriach”.  Jeżeli Jacek w swej „czytelniczej” pasji za szybko dokumentnie ich nie obślini, nie zje lub podrze, to mają szansę być atrakcją przez jakieś jeszcze 2-3 lata. Z tej serii są jeszcze książeczki: Na wsi oraz W straży pożarnej.




Moje pierwsze odkrycia. Środki transportu
Toczą się koła, toczą… Daniel i jego śmieciarka



A to już belgijskie Yoyo Books. Obie książki święcą u nas w domu swój triumf. Jedna dość szeroko prezentuje rozmaite pojazdy od roweru i dziecięcego wózka począwszy, po tradycyjne środki transportu, maszyny budowlane i rolne, wodne środki transportu na rakiecie i wahadłowcu kończąc. Fajna książka z rzeczywistymi zdjęciami, grube kartonowe kartki i porządna okładka. Prawie nie ma się do czego przyczepić. Z tej serii widziałam jeszcze tom o dzikich zwierzętach.



Daniel i jego śmieciarka to rysunkowa książeczka o tym jak śmieciarz Daniel wraz z kumplami jeżdżą po mieście i zbierają śmieci z całego miasta. Grube kartonowe kartki, zapinana na rzep i to co w niej najlepsze – koła! Książka 2w1 jak szampon: do czytania i do jeżdżenia. Absolutny hit! ;)
W ofercie wydawniczej jest jeszcze m.in. ambulans, samochód osobowy i chyba straż pożarna. Pewnie się jeszcze na którąś pokusimy.




Brum!Brum! Mały traktor
Traktory




I na koniec dwie książki rolnicze. Najpierw Mały traktor z wymienionego już wcześniej Aksjomatu. Rolnik Bartosz w swoim traktorze pracuje przy żniwach, później jedzie na pastwisko, a na koniec dnia zabiera się jeszcze za orkę. Przyznam, że nie wiem na czym polega fenomen tej książeczki, ale Jacek domaga się wspólnego czytania jej kilka razy w ciągu dnia. Z tej serii zostały wydane jeszcze: Wóz strażacki, Mała koparka i Wóz policyjny.



Sporo książeczek w Jackotece to pozycje z rzeczywistymi zdjęciami. Co zresztą można zauważyć w tym przeglądzie. Więc na koniec jedna z moich ulubionych – składanka Traktory z REA-SJ. Ta nam będzie służyć długo, bo to „poważna” książka z prawdziwymi traktorami. Fajnie opisana i tematycznie pogrupowana. Na plus gruby karton i mały format. Z tej serii mamy jeszcze Zwierzęta i Dzieci zwierząt.



I na razie to tyle z motoryzacji. Aż do kolejnego razu. Bo to, że uzbieramy nowy stosik, to bardziej niż pewne ;) A jakie książki motoryzacyjne sprawdziły się u Was?



niedziela, 10 grudnia 2017

O tym, że szkoła może być fajna. Timothy D. Walker - Fińskie dzieci uczą się najlepiej


We wrześniu, na przestrzeni jednego tygodnia, aż troje moich nowych kolegów z pracy twierdziło z niepokojem, że wkrótce się wykończę, skoro w ogóle nie widują mnie w pokoju nauczycielskim. Kiedy przyznałem, że przerwy spędzam w klasie, przygotowując się do zajęć, sugerowali, żebym zmienił zwyczaje.*




Kiedy w grudniu 2001 roku Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) ogłosiła wyniki pierwszego rankingu umiejętności piętnastolatków w zakresie czytania, matematyki i nauk przyrodniczych znanego jako PISA (Programme for International Student Assessment) uwaga wszystkich zwróciła się w kierunku małego, niezbyt liczebnego nordyckiego kraju – Finlandii. I chociaż od wyników pierwszego badania mija już 16 lat ów kraj corocznie wciąż utrzymuje się w czołówce wspomnianego rankingu. Co więcej w samej Finlandii od lat rozbieżności w poziomie umiejętności uczniów z różnych placówek oświatowych utrzymują się na w miarę zbliżonym poziomie. Gdzie zatem tkwi sekret wysokiego poziomu fińskiej edukacji?


Dość przyjemnie brzmiący mit głosi, że fińscy uczniowie nie mają zadawanych prac domowych. Faktycznie jednak wygląda to tak, że nie jest im obce odrabianie lekcji w domu, ale za to nie w takim wymiarze jak to jest na przykład w przypadku uczniów polskich, amerykańskich, a już na pewno nie południowokoreańskich, chińskich, czy japońskich. Poza tym nie stosuje się ogólnokrajowych obowiązkowych testów na koniec szkoły, a nawet w niektórych przypadkach w ogóle rezygnuje się ze stawiania stopni na rzecz noty opisowej, którą uczeń może przedyskutować z nauczycielem. Wow!
Idźmy dalej: w ciągu roku szkolnego przede wszystkim dużo swobody, dużo spokoju, ruchu podczas przerw, wyjazdów na szkoły biwakowe i otwarta relacja na linii nauczyciel-uczeń. A do tego nowa koncepcja edukacyjna, wdrożona do programu nauczania w szkołach średnich w 2016 roku, w której priorytetem jest… radość.

I to jest chyba właśnie clou fińskiej edukacji. Wszędzie na świecie małe dzieci w wieku przedszkolnym charakteryzuje radość poznawcza, która maleje wraz z wejściem w tryby szkolnej maszynki. Fińska szkoła gloryfikuje zaś mentalność dostatku oznaczającą, że każdy może się swobodnie rozwijać. Dzięki temu dzieci podążają za celem, który będzie interesujący, wart zachodu i przede wszystkim sprawi im radość. Podobnie jest z fińską kadrą nauczycielską. W jej szeregach stawia się nie na konkurencję, a współpracę. Wzajemnie ceni się nabyte doświadczenie i z niego bogato korzysta. Częstym przypadkiem jest krzyżowa wymiana nauczycieli podczas lekcji i serdeczna atmosfera w pokoju nauczycielskim.  Praca pedagogiczna ma przede wszystkim dawać satysfakcję, a nie konkretną pozycję w rankingu szkoły.

Powszechne wyluzowanie wśród nauczycieli jest również efektem polityki ogólnokrajowej, w której stawia się na edukację, a zawód nauczyciela jest wysoko cenioną i szanowaną profesją, dobrze dofinansowaną i wyszkoloną. Fińscy nauczyciele po powszechnej reformie przeprowadzonej w latach 80-tych ubiegłego wieku mają wymóg ukończenia wyższych studiów pedagogicznych, dzięki temu są gruntownie przygotowani w zakresie psychologii dziecięcej, pedagogiki, edukacji specjalnej, dydaktyki przedmiotowej i programu nauczania. W każdej szkole obecny jest również zespół ekspertów, nauczycieli i kierownictwa będący wsparciem przy rozwiązywaniu napotkanych problemów i zaistnieniu niepokojących kwestii.

I to wciąż nie wszystko, bowiem fińska szkoła powszechna składa się tylko z instytucji państwowych. Brak szkół prywatnych wyrównuje poziom nauczania i kształcenia pośród każdej warstwy zamożności społeczeństwa, co przy dodatkowo gęstej siatce bibliotek oraz pozaszkolnych stowarzyszeń, klubów i organizacji wspiera edukację każdego dziecka bez względu na pochodzenie i grubość portfela jego rodziców.

Fińskie dzieci uczą się najlepiej to spostrzeżenia amerykańskiego nauczyciela, który po wieloletniej praktyce w ojczystym kraju zaczął pracować w jednej z helsińskich szkół. Z jednej strony jego porównawcze obserwacje brzmiały dość zabawnie (mieszkając jeszcze w USA cieszył z wakacji, bo wtedy mógł spokojnie zająć się… swoją pracą), ale też i niepokojąco (wysoka konkurencja wśród kadry nauczycielskiej w USA i jej przepracowanie vs. spokój i relaks w fińskiej szkole).

To ciekawa pozycja obrazująca międzykontynentalne zderzenie kultur na styku edukacji. Wprawdzie bardziej skierowana jest dla osób zawodowo związanych z edukacją, ale dla pozostałych czytelników również może być ciekawą lekturą. Zwłaszcza, że wszyscy kiedyś byliśmy uczniami, więc szkołę każdy z nas zna przynajmniej z jednej strony.


Tą właśnie książką rozpoczynam nowy cykl na blogu Książka o Północy. Już mam za sobą kilka interesujących tytułów, więc możecie się spodziewać trochę nordyckich recenzji :)


____________________________
* Timothy D. Walker, Fińskie dzieci uczą się najlepiej (Teach like Finland. 33 Simple Strategies for Joyful Classrooms), Wydawnictwo Literackie 2017

poniedziałek, 27 listopada 2017

Bogate wnętrze, czyli rzecz o wyklejkach. Część VII - elegancja i pospolitość


Są książki, które zachwycają począwszy od okładki na ostatniej stronie z fabułą kończąc. Są takie, które obiecują wiele frontem, ale rozczarowują treścią. Są też niepozorne przy pierwszym kontakcie, które zyskują podczas lektury. 

I to jeszcze nie koniec, bo moja skala ocen (nazwę to subiektywnej urody książek) zawiera jeszcze, jak nietrudno odgadnąć po cyklu, wyklejkę. Wydaje się, że to rzecz niby banalna, w zasadzie bardziej to kartki techniczne, niż coś więcej. No i błąd! Bo niejedna wyklejka może dodać książce plus dziesięć do lansu. 

Cieszy mnie, że coraz częściej w książkach dla dzieci białe kartki już ustępują miejsca barwnym rysunkom. Wciąż jednak mało wyjątkowych wyklejek jest w książkach dla dorosłego czytelnika. Ale ja nie ustaję w poszukiwaniach, o czym niech świadczy Bogate wnętrze

Dzisiaj zajmę się dwiema kategoriami. Pierwsza należy do serii eleganckiej, mogłabym nawet rzec – królewskiej, gdyż podobne wzory występują w biografiach królewskich rodów, zbiorach królewskich anegdot, czy jak w przypadku Napoleona – listów.












Druga kategoria to moje wielkie rozczarowania. Wszystkie trzy poniższe książki wielbię za okładki. Za treść jeszcze nie mogę, bo nie czytałam, ale powtórzę, że twarze mają dla mnie wyjątkowe.




Liczyłam więc, że ta wyjątkowość spłynie łaską na wyklejki w postaci wyobrażonych już w mojej głowie słoiczków z kiszonkami, roślinnego wzoru i rocznych słoi drewna. Tymczasem: 



Zachar Prilepin, Klasztor, wyd. Czwarta Strona 2016
Péter Esterházy, Harmonia caelestis, Spółdzielnia wydawnicza „Czytelnik” 2007
Sandor Ellix Katz, Sztuka fermentacji, wyd. Vivante 2016




...tak by się nam serce śmiało
do ogromnych, wielkich rzeczy;
a tu pospolitość skrzeczy..
(Stanisław Wyspiański, Wesele)




C.d.n. ;)

sobota, 25 listopada 2017

Bogate wnętrze, czyli rzecz o wyklejkach. Część VI - bajki c.d.


Znowu uzbierałam stosik książek mających wspólny mianownik – barwną, wcale nie pospolitą wyklejkę. I nadal grupuję je tematycznie. Tym razem wprawdzie nazwa kategorii deczko oszukana, bo nie wszystkie książki dla młodszych czytelników można nazwać bajkami, mimo to postanowiłam pociągnąć dalej pierwszy odcinek wyklejkowego cyklu tworząc jego drugą część. 
W tym odcinku tytuł najpiękniejszej wyklejki nadałam tej zamieszczonej w książce „Obrazki ze świata fizyki i techniki”. Ale zobaczcie wszystkie:
















Rajmund Sosiński, Obrazki ze świata fizyki i techniki, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej 1967




Minecraft. Poradnik dla wojowników, wyd. Egmont 2014





Minecraft. Poradnik użytkowników Czerwonego Kamienia, wyd. Egmont 2014





c.d.n. :)


wtorek, 21 listopada 2017

O poszukiwaniu skarbów, czyli bookcrossing jest fajny


Miesiąc temu przy okazji przeglądu książek o minimalizmie napisałam, że mój domowy księgozbiór zaczął mnie przytłaczać. Z tej przyczyny postanowiłam nie tylko ograniczyć kupowanie i znoszenie do domu kolejnych książek, ale i posiadane zaczęłam rozdawać znajomym lub zostawiać na półkach bookcrossingowych. To się nie zmieniło, a nawet lepiej – kilka książek wzbogaciło zasoby mojej biblioteki. Mam nadzieję, że będą służyć dużej ilości bywalców biblioteki. Zamiast karty debetowej częściej w użyciu bywa teraz karta biblioteczna. Pożyczki książek od znajomych również często wchodzą w grę.

No i niby wszystko powinno być fajnie, bo książek na półkach powinnam już mieć odczuwalnie mniej, to jakoś szczególnie tego nie zauważyłam. Po pierwsze nie jestem jedyną osobą w naszym domu, która przynosi kolejne książki (Pan R. ostatnio przyniósł hurtem cztery sztuki), a po drugie – nie potrafię się oprzeć czarowi bookcrossingu ;)

Fika z książkami, czyli przegląd nowych książek przyniesionych przez Pana R.;)


Na wymianach książkowych czuję się jak poszukiwaczka skarbów lub poławiaczka pereł. Zresztą całkiem słusznie, bo łupy zdają się to potwierdzać. Jestem na ten przykład zakochana w ilustracjach w „Leśnych obrazkach” i „Bajce o carze Sałtanie” A. Puszkina. Natomiast książce od „Od bieguna do bieguna” wieszczę sukces, kiedy mały Jacek podrośnie trochę więcej. A są jeszcze inne:


Kilka bookcrossingowych książek dla Jacka :)




Ilustracja do "Bajki o carze Sałtanie" Aleksandra Puszkina:




"Zwierzęta nocą" już "czytamy" :)




Bardzo lubię książki przyrodnicze. Dedykowane dla dzieci "Góry" są świetnie opracowane i zilustrowane.








"Ogród zoologiczny Doktora Dolittle" też mają pocieszne ilustracje ;)




"Od Bieguna do Bieguna" zasługują na osobny wpis!




"Leśne obrazki" doczekały się recenzji. Jestem zakochana w tej książce.




Pierwszy Atlas Świata dla Jacka, czyli IKEA Family.




A dzisiaj… dzisiaj trafił mi się piękny album Taschena z ilustracjami wszystkich budowli Antoniego Gaudiego. Pozostałe książki zapewne ucieszą dwie panny z rodziny.


I jak tu nie kochać bookcrossingu ;) Czy też jesteście poszukiwaczami książkowych skarbów?



sobota, 18 listopada 2017

Jackoteka: O jeździe samochodem z dzieckiem, audiobookach i kotach ;)


Jazda samochodem z dzieckiem może być przyjemna, męcząca lub… wyzwalająca kreatywność ;)
Kiedy Jacek był noworodkiem, a potem młodszym niemowlakiem przewożenie go w typowym foteliku dla niemowlaków (w nosidełku nazywanym przeze mnie skorupką) było cacy. Odpalało się silnik, ruszało do przodu, a po maksymalnie pięciu minutach jazdy młodzież szła w kimono. 

Ale im Jacek starszy, tym bardziej pod górkę. W ostatnim czasie użytkowania skorupki zostałam operatorem wiatraczka, którego to otrzymaliśmy pewnego razu od miłego pana z recepcji Luxmedu. Moja kreatywność zadziałała, co nie zmieniło faktu, że zakup nowego, większego fotelika był już konieczny, gdyż mały Jacek ponad 2 tygodnie temu nie tylko stracił już status niemowlaka, ale też prawie wyrósł z dotychczasowego fotelika.

Zatem po wycieczce do warszawskich Ośmiu Gwiazdek (polecam!) zakup został dokonany i zamontowany. Kolejny fotelik oczywiście wciąż tyłem do kierunku jazdy (i niezmierzenie szwedzki – tak a propos moich ostatnich czytelniczych obsesji). I wprawdzie nabytek zajmuje mnóstwo miejsca w naszym małym aucie, za to Jacek jest zadowolony. Siedzi jak król na tronie i z wysokości wszystko widzi lepiej. Wiatraczek więc pewnie chwilowo pójdzie w odstawkę ;) A później coś wymyślę.

Mam za to pomysł na czas… dużo do przodu ;) Nastoletnia siostra Jacka w wieku wczesnoszkolnym bardzo lubiła słuchać audiobooków. A ponieważ przez długi czas fascynował ją świat Harry’ego Pottera, trzecią część przygód młodego czarodzieja (którą czytał Piotr Fronczewski) słuchaliśmy w aucie po wielokroć i mieliśmy wrażenie z Panem R., że niebawem nauczymy się tej książki na pamięć ;) 
Może będzie jeszcze taka szansa przy Jacku, haha. Na razie w zasobach mamy dwa audiobooki Astrid Lindgren i myślę, że zanim Jacek podrośnie do nich na tyle, że będzie ich słuchał świadomie: po pierwsze upłynie w Wiśle jeszcze dużo wody, po drugie powiększymy zbiór słuchowisk i po trzecie zgromadzimy jeszcze inne samochodowe czasoumilacze.



Na przykład coś w podobie quizów Kapitana Nauki z wydawnictwa Edgar. Dwa lata temu tutaj na blogu opublikowałam recenzję świetnej książki Co jest, kocie? o kocim zachowaniu autorstwa behawiorystki Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk. Kto jest kociarzem, a jeszcze nie zna tego tytułu, to gorąco polecam nadrobić lekturę. Tymczasem dla młodszych czytelników tejże autorki sprawdzi się taki niepozorny zbiór ciekawostek:



SuperQuiz KOTY zawiera 54 kartki z ciekawostkami i przydatnymi informacjami o kotach. Krótki tekst z jednej strony, a z drugiej po trzy pytania porządkujące wiedzę. Dla dzieciaków w sam raz, a i dorośli mogą się z tych lapidarnych tekstów wiele dowiedzieć o kotach. A jeżeli koci temat nie jest zbyt atrakcyjny, to warto poszukać innych quizów z tej serii: Piłka nożna, Ciało człowieka, Zwierzęta, Polska, Świat i inne. 







Tak więc samochodowa przyszłość z trochę większym, niż obecnie pasażerem na pokładzie widzi mi się całkiem nieźle. Tymczasem nie chowam jeszcze wspomnianego wiatraczka, lemurka i pacynek. Kto wie, kiedy widok z nowego szwedzkiego tronu znudzi się małemu książątku ;)
A Wy jakie macie patenty na bezproblemową jazdę samochodem z dzieckiem?

________________________
Małgorzata Biegańska-Hendryk, SuperQuiz KOTY, wyd. Edgar 2017


piątek, 27 października 2017

O książce jak mleczna czekolada. Remigiusz Mróz – Oskarżenie


 Podeszli do stolika, jeden z nich położył rękę na odpiętej kaburze pistoletu.
- Kordian Oryński?
- Tak, ale…
- Jest pan zatrzymany.
(…)
- Zaraz, to jakieś…
- Proszę zachować spokój. (…) Pójdzie pan  z nami – oznajmił jeden z nich. (…)
Kordian pod obstawą dwóch policjantów ruszył w kierunku wyjścia. (…) Joanna odprowadziła go wzrokiem nie ruszając się ani o krok.*

Wprawdzie to czekolada mleczna bez orzechów, ale też była dobra ;)


Za niespełna tydzień ja i mały Jacek w zaledwie dwudniowym odstępie będziemy obchodzić swoje urodziny. To przypomniało mi o czekoladzie. W czasach podstawówki urodziny zwykle wyglądały tak, że przychodziła skromna garstka koleżanek, kolegów i/lub kuzynostwa, ja częstowałam tortem upieczonym przez mamę, a w ramach prezentu dostawałam zwykle po tabliczce mlecznej czekolady. Kilka godzin zabawy, czasem jakaś gra w Eurobiznes lub Fortunę (Justa, pamiętasz?). Tyle. I tak sobie myślę, że to było takie zwykłe, minimalistyczne i przede wszystkim urocze. Włączając w to te tabliczki mlecznej czekolady. Osobiście uważam, że to jeden z lepszych prezentów.

Ale od kilku lat moja miłość do mlecznej czekolady (do dzisiaj nie znoszę białej) ustąpiła pola gorzkiej (ówcześnie zjadliwej w ostateczności). W zasadzie im bardziej gorzka, tym lepiej. Często z Panem R. zajadamy się taką 90%. Ale nadal bywa tak, że czasem nachodzi mnie ochota na obrzydliwie słodką czekoladę mleczną, najlepiej taką w typie Nussbeisser. W szybkim tempie pożeram  całą tabliczkę (żeby nie było – ze smakiem oczywiście), a potem żałuję, że znowu dałam się zwieść ;) I z radością wracam do bardzo gorzkiej.


„Oskarżenie”, czyli ciąg dalszy przygód Chyłki i Zordona przeczytałam bardzo szybko (o dzięki wam, drzemki mojego syna!), zresztą jak każdą poprzednią książkę z tej serii . I chociaż nie mogłam się oderwać od książki, to czułam w niej, oj czułam niezłe zgrzyty. Zupełnie, jakby mi do tej mlecznej czekolady dorzucili łupinki z tych orzechów laskowych. 

Nie bardzo widzę sens opisywania fabuły, bo dla tych, co serii nie znają, rekomenduję zacząć czytać od pierwszego tomu, bo autor zachowuje ciągłość niektórych zdarzeń, a lubisiom, którzy są na bieżąco zepsuję zabawę. Napomknę tylko, że na tapet poszła tym razem sprawa dawnej (fikcyjnej) legendy „Solidarności”.
W wolnej Polsce facet został skazany za kilka zabójstw, ale pojawiają się nowe fakty, które podważają zasadność zasądzonej kary. Na prośbę żony byłego opozycjonisty adwokatem skazanego zostaje oczywiście Chyłka, ale potem sprawa się rypie. I tutaj zaczyna się już ta część czekolady z laskowymi łupinkami. Bo Kordian wpada w bezsensowne tarapaty, a  bebzol Chyłki rośnie, rośnie i rośnie… a ona sama im brzuch większy, tym język mniej cięty. W każdym bądź razie nadchodzą rozwiązania sprawy Kordiana i ciąży Chyłki, ale w ten sposób, że aż zazgrzytałam zębami, bo finał obu sytuacji był dla mnie dość przewidywalny. Na plus poczytuję schowanie do szafy Żelaznego (nie cierpię typa, cóż poradzić). Ale znowu Langer i Gorzym? No kaman! Czy my jesteśmy w serialowym Klanie z Jedynki, że w każdej sprawie tworzy się krąg wzajemnej znajomości? 


No dobrze, wyzłośliwiłam się, a teraz przejdę do pewnego zdjęcia. To jest fragment „Oskarżenia”, który opublikowałam na Facebooku.


Otóż urzekł mnie pod zdjęciem jeden z komentarzy, który napisała Marta Cz.:
Kupiłam "Oskarżenie" w dzień premiery, ale zlitowałam się nad mamą, która truła mi całe lato, że się martwi o Chyłkę, więc odżałowałam i dałam jej do poczytania nowy tom w pierwszej kolejności. A dzisiaj mi walnęła takiego spojlera, że prawie się udławiłam kawą, bo, cytuję "jak ten Mróz tak może poniewierać swoimi bohaterami" i ona się zdenerwowała i musiała się komuś wyżalić. Ostatni raz dostała pierwsza do czytania.


Ależ mnie rozbawił fragment, w którym mowa, że mama martwi się o Chyłkę. Choć przyznaję też, że poczułam małe ukłucie, bo… no bo ja też bym się chciała o nią martwić… A tak w ogóle, to chciałabym tak żyć perypetiami obojga bohaterów, jak jest to w udziale ogromniej rzeszy czytelników książek Remigiusza Mroza. Trochę nad tym ubolewam, bo wtedy lektura jest lepszą zabawą. 

Tymczasem… doszłam do wniosku, że w moim przypadku z kolejnymi tomami tej serii jest jak z tą mleczną czekoladą. Kiedy czytam, fabuła mnie wciąga jak domowy odkurzacz kocie kłaki moich dwóch kotów. Ale to jest nadal mleczna czekolada. Jest dobra, to fakt. Ale tylko od czasu do czasu. Na co dzień wolę jednak książki o smaku gorzkiej czekolady. Gusta i guściki. Cóż poradzić ;)


3/6
_____________________
* Remigiusz Mróz, Oskarżenie, wyd. Czwarta Strona
Egzemplarz do recenzji przekazało wydawnictwo Czwarta Strona

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...