środa, 29 kwietnia 2015

Wsiowa baba chrapie w łóżku ;) Kinga Izdebska - Biuro kotów znalezionych


"Po takiej porcji wzruszeń byłam pewna, że już żaden kot nie poruszy mojego serca tego dnia. Stało się inaczej. Słyszałam, że czasem tak się zdarza, ale nie wierzyłam. Kociarze mówią o zakochaniu. Wszystko dzieje się nagle, bez udziału woli czy rozumu, w ciągu sekundy wiesz, że to właśnie ten kot i już. Snop światła padł na klatkę numer osiemnaście. Kot znajdujący się w środku nie napierał na kratki, tylko czekał, stanąwszy w pogotowiu. Zachowanie niezbyt charakterystyczne dla oswojonego kota, ale też niezdradzające dzikusa, który starałby się raczej schować i uczynić niewidzialnym. A ten czekał. Piękny, niewiarygodnie piękny, pręgowany."


Na początku mało być tak, że od razu zamieszkają z nami dwa małe kociaki. Wprawdzie w sferze marzeń pozostawał rosyjski niebieski, ale realnie odrzuciliśmy tę ewentualność z uwagi na wymaganą ku temu kwotę, jak również na ilość bid, które czekają na dom w schroniskach i domach tymczasowych. Ale rosyjski niebieski trafił się zupełnie przypadkowo, kiedy potrzebował przeprowadzić się z jednego domu do nowego. Tym nowym domem okazała się nasza Gawra, w której Aleksander mieszka już trzy lata. Kwestą czasu jednak było to, że otrzyma towarzystwo osobnika swego gatunku. Przekonywanie Pana R. i poszukiwania drugiego kota trwały ponad rok. Przeglądałam zdjęcia kotów na Koterii, Pruszkowskim Domu Tymczasowym i Zwierzakach z Mińska. Dwa razy się spóźniłam – obie kotki znalazły swoje domy. Ale widocznie tak musiało być, że dzięki temu trafiłam na zdjęcie Misi.

Misia - zdjęcie zrobione przez Wirginię w domu tymczasowym

Z miejsca się w niej zakochałam i niemal natychmiast odpowiedziałam na ogłoszenie. Przeszłam pozytywnie ankietę i rozmowę przedadopcyjną, podpisałam umowę adopcyjną, by następnego dnia razem z Panem R. pojawić się w domu tymczasowym u Wirginii, gdzie kontenerek zyskał miauczącą zawartość.
Adaptacja obu kotów odbyła się zaskakująco szybko – szybciej, niż zakładał mój plan izolacji, wymiany zapachów i uchylonych drzwi. Misi do nas również. Można by nawet stwierdzić, że aż za dobrze, efektem czego codziennie na naszych kolanach rozlewa się biało-czarna plama futra z kota.

Misia jest kotem znajdą, wsiową babą o nie do końca znanych początkowych losach i dacie urodzin. Nie jest również znana historia tego, w jaki sposób pozbyła się jednego kła. Być może jej los nie byłby tak słodki (jakim jest obecnie), gdyby nie działalność dziewczyn ze Zwierzaków z Mińska i opieki Wirginii i jej męża, którzy byli domem tymczasowym dla Misi.

„Biuro kotów znalezionych” Kingi Izdebskiej traktuje o całych zastępach takich właśnie kotów, jak Misia, do których uśmiechnął się los. O kotach z charakterystycznym przyciętym uchem, czekających w domach tymczasowych na lepsze życie w (nareszcie) swoim domu. 

Kingę Izdebską poznałam trzy lata temu na urodzinach Rudomi. W Towarzyskiej dowiedziałam się, że działa na rzecz Koterii jako wolontariusz, jakiś czas później okazało się, że WAB wydał książkę, w której opowiada ona o swoich doświadczeniach z koteryjnymi kotami.

Trzymam właśnie na kolanach już przeczytaną tę książkę, a obok mnie chrapie (!) Misia. Myślę o Szarej, Ośce i Arturze, którzy zamieszkali, początkowo jako koty oczekujące na adopcję, w domu Kingi i cieszę się, że są ludzie, którym los zwierząt nie jest obojętny.

Nie zawsze mogę być sam na sam z książką ;)

„Biuro kotów znalezionych” oprócz historii trójki tymczasów opisuje zmagania Kingi jako wolontariusza: łapania kotów w terenie do kastracji i sterylizacji, poszukiwania nowego domu dla innych kotów, związanych z tym rozterek i historii związanych z chorobą i dorastaniem kotów. 

Fundacja w książce otrzymała nazwę Ciach, ale cały czas mowa jest o Koterii. Czytając „Biuro…” przypominałam sobie koty, które sama śledziłam na fejsbukowej stronie fundacji: Marusi, od której zaczyna się książka, Bateryjek, Matki Galwanicznej i jej dzieci. Nie brakuje ciekawych historii i interesujących postaci: rudowłosej Straciatelli, Gosi od trzydziestu kotów (po jednym na metr kwadratowy mieszkania) i domu zawalonego książkami od podłogi po sufit, Reda o bardzo miękkim sercu i karmicieli: Pana Wiesia, Pani Czesi i Pani Tereni. Ale przede wszystkim głównymi bohaterami są koty, dużo kotów, m.in.: gigantyczny, infantylny kastrat Artur, Dżungla i jej oseski (sikające na suchą karmę), ugodowa i bardzo przyjacielska Szara oraz Zoidberg z kloszem na szyi.

Przyjemna to książka, pokazująca trochę od kuchni działalność fundacji zajmującej się dzikimi i potencjalnie dzikimi kotami miejskimi, ich drogę przez lecznicę i dom tymczasowy do domu stałego. Budzi duży szacunek dla pracy tych, którzy zajmują się zmianą kociego losu na lepszy, nie oczekując w zamian gratyfikacji finansowej, a za jedyną zapłatę uważając dobry dom dla uratowanego, zadomowionego kota. Dobra lektura dla każdego kociarza.  

4/6
___________
* cytaty: Kinga Izdebska - Biuro kotów znalezionych; wyd. WAB 2013

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


wtorek, 28 kwietnia 2015

W (wojennym) labiryncie. Ben Elton - Dwaj bracia


„I było ich czworo, zgodnie z planem i tak, jak przepowiadała Frieda. Frieda i Wolfgang i ich dwóch synów, Paulus i Otton. Otton i Paulus. Dwóch synów, dwóch braci, równie upragnionych, jednakowo kochanych. Równych w każdym calu.
Takich samych.
Tylko że niedokładnie takich samych.
Między chłopcami była jedna różnica. Różnica, której w tamtym czasie nie komentowano. Różnica, która nie miała najmniejszego znaczenia dla Friedy i Wolfganga. A jednak ta różnica miała w przyszłości stać się sprawą życia i śmierci. Jedno dziecko było Żydem, drugie nie.”



Czytając, niedawno tutaj recenzowany reportaż, „W Lesie Wiedeńskich wciąż szumią drzewa”, zastanawiałam się, jak mogło wyglądać życie Żydów w oku cyklonu - czyli w Niemczech w latach '30 i '40 XX wieku. Wprawdzie w zamieszczonych w reportażu autentycznych listach Elise i Pepiego mieszkających w austriackim Wiedniu, a kierowanych do Ottona przebywającego już na bezpiecznej emigracji w Szwecji można było wyczytać między wierszami, że jest trudno, że strach, że głód. Mimo to listy rodziców do dziecka były dobrą minę do złej gry i próbowały ukryć przed najmłodszym z rodziny trudną rzeczywistość. Po przeczytaniu „Dwóch braci” Bena Eltona potrafię już sobie w jakimś stopniu wyobrazić nazistowskie piekło, które Hitler zgotował Żydom.

Wróćmy jednak do "Dwóch braci". Berlin, 24 lutego 1920 roku to czas narodzin czwórki dzieci – dwojga żydowskich i dwojga niemieckich. Jeden z żydowskich bliźniaków umiera od razu, ale dzięki temu jedno dziecko niemieckie, dzięki szpitalnej adopcji zyskuje żydowską rodzinę. Otto i Paulus zostają zatem braćmi Stengel. Trzecie dziecko, teraz jeszcze w powijakach, ale równie głośne i wściekłe, które poważnie wkroczy w życie „bliźniaków”, urodzone w Monachium, nazywa się NSDAP. Zamiast ojca ma lidera – Adolfa Hitlera.

W miarę, jak NSDAP rośnie w siłę, tym bardziej uprzykrza życie braciom Stenglom. Ci dwaj jeszcze nie wiedzą, że w ich żyłach nie płynie ta sama krew. Kiedy jednak prawda wyjdzie na jaw – nic nie będzie ani takie oczywiste, ani zrozumiałe. Bo dlaczego Żyd walczy w Wehrmachcie, a Aryjczyk w tym samym czasie emigruje do Wielkiej Brytanii, by tam jako żołnierz wcielony do armii brytyjskiej walczyć przeciwko Hitlerowi? I jak to w ogóle jest możliwe? I co z tym wspólnego ma miłość do pewnej Żydówki i przyjaźń z Niemką, która zasiliła szeregi Związku Niemieckich Dziewcząt? Który przeżyje, a który zginie? I czy to wszystko było warte ich życia i przyszłości?

Burza w Berlinie rozpętuje się pomału, ale sukcesywnie. Najpierw Niemcy „spontanicznie” bojkotują żydowskie sklepy, później Żydzi tracą nie tylko możliwość leczenia, ale odbierane są im naukowe tytuły. Dzieci w szkołach zaczynają być segregowane na te dobre, czyste, bo aryjskie i niegodne – żydowskie. Kina tylko dla Niemców, restauracje tylko dla Niemców, plaże tylko dla Niemców, nawet ławki w parkach – tylko dla Niemców. Książki napisane przez Żydów nie tylko nagle stają się zabronione, ale i płoną na stosach. Tak samo, jak żydowskie domy podczas Kryształowej Nocy. Już nie tylko każdy Żyd w dokumentach oznaczonych literą „J” ma mieć obowiązkowo wpisane drugie imię: dla mężczyzn – Izrael, dla kobiet – Sara, ale musi nosić widoczną opaskę z gwiazdą Dawida. 

„Nie minął rok, odkąd Hitler doszedł do władzy, a to, co zawsze twierdził na temat Żydów, stało się faktem.
Twierdził, że są inni.
I stali się inni.
Oskarżał ich, że są podstępnymi spiskowcami. Kamuflując się. Maskując. Obserwując drzwi. Ukrywając się jak szczury. Ciągle zdenerwowani, próbując się wtopić w tłum, unikając ludzkich oczu, schodząc innym z drogi. Kiedy to tylko możliwe, próbując ukryć fundamentalną prawdę o sobie.
Dokładnie tak, jak mówili Goebbels i Streicher.”

Pośród tej dziejowej zawieruchy dorastają Otto i Paulus Stenglowie, Dagmara Fischer i Silke Krause. Wojnę przeżyje tylko dwoje: jedno z nich będzie urzędnikiem państwowym w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w państwie, które nie jest Niemcami, drugie – w Niemczech będzie oficerem komunistycznej Stasi.

Losy całej czwórki, na przestrzeni lat zmieniają się jak w kalejdoskopie, gmatwając się coraz bardziej, by na koniec książki zostawić czytelnika z pytaniem o sprawiedliwość, uczciwość i prawdę. Wprawdzie to nie jest kryminał, a saga rodzinna, ale atmosfera tajemnicy wciąga nie gorzej, niż gdyby po śladach zbrodni szukać mordercy.

Tą książką Ben Elton nie tylko sprawia, że od opowieści trudno się oderwać, ale przede wszystkim kruszy utarty schemat Niemców – katów i Żydów – ofiar. Zaskakujące, jakie rozwiązanie czeka po dotarciu na ostatnią stronę.

„Dwaj bracia” to jedna z ciekawszych powieści, które czytałam ostatnio. Śmiem nawet stwierdzić, że przeczytacie o niej tutaj jeszcze w grudniu, kiedy będę podsumowywać czytelniczy rok i prezentować książki, które w 2015 roku były dla mnie ważne, interesujące, pouczające. Ta bezsprzecznie do takich należy. Życie pisze najciekawsze scenariusze**, a kiedy oplecie się je w literacką fikcję – wychodzi z tego kawał bardzo, ale to bardzo dobrej literatury. Naprawdę żałowałam, że już przeczytałam tę książkę – zanurzyłam się w niej tak głęboko, że trudno było mi wrócić do rzeczywistości. 

Książkę do recenzji przekazało Wydawnictwo Zona Zero (seria: Piętro Wyżej)

6/6
_____________
*Cytaty: Ben Elton – Dwaj bracia (tyt. oryg. Two Brothers; przekł. Elżbieta Maciejewska), wyd. Zona Zero 2015

**Fabuła inspirowana jest prawdziwymi wojennymi losami żydowskiej rodziny Bena Eltona: dziadka, ojca i dwóch stryjów 


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Podhalański selfmademan. Wojciech Brzega – Żywot górala poczciwego. Spojrzenie po latach


„Pisanie pamiętników swoich przez ludzi wybitnych jest uzasadnione i potrzebne, natomiast wydawanie drukiem zapisków ludzi przeciętnych  byłoby śmiesznym i niepożądanym. Jednakże jeżeli robi się rzecz taką jak spisywanie spostrzeżeń, swoich wrażeń, jeżeli się wnosi materiał potrzebny do wyjaśnienia faktów historycznych, jeżeli daje nowe spostrzeżenia o ludziach, którzy są postaciami historycznymi – wtedy zapiski są potrzebne i drukowanie ich nie jest ‘babraniem papieru’.”*

W drugiej połowie lat ’60-tych XX wieku Michał Jagiełło i Anna Micińska  zainteresowali się twórczością jednego z bardziej znanych  Zakopiańczyków – Wojciechem Brzegą. Efektem tego w 1969 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego wyszła książka „Żywot górala poczciwego.”


Po 46 latach od pierwszego wydania, uzupełniony, ponownie starannie opracowany i ekskluzywnie wydany (tym razem) przez Wydawnictwo Tatrzańskiego Parku Narodowego „Żywot górala poczciwego. Spojrzenie po latach” – trafiło na półkę do mojej domowej biblioteki.

Witkacego znałam tylko z „Szewców”, Żeromskiego z „Przedwiośnia”,  „Syzyfowych prac” i „Siłaczki”, Kasprowicza i Tetmajera z wielu przeczytanych wierszy, a Chałubińskiego… ze śródmiejskiej ulicy przecinającej aleje Jerozolimskie. Skąd mogłam się spodziewać, że te pojedyncze życiorysy mają punkt wspólny w osobie Wojciecha Brzegi?

Wojciech Brzega – artysta, rzeźbiarz, snycerz, projektant mebli, współtwórca stylu zakopiańskiego, nauczyciel, pisarz, działacz społeczny. To właśnie on rzeźbił ornamentykę do ołtarza Bractwa Różańcowego według rysunku Witkiewicza i wspólnie zapoczątkował styl zakopiański oraz chwalił Chałubińskiego za wypromowanie Zakopanego jako letniska i rozwinięcie tradycji tatrzańskich przewodników. Ganił jednocześnie zbyt lekkomyślny stosunek do życia, jakim wykazywał się Kasprowicz i krytykował alkoholizm Kasprowicza.

Wojciech Brzega (ok. 1900 r.)


Nigdy jeszcze nie byłam w Tatrach. Zresztą – generalnie mało do tej pory bywałam w górach. Nadrabiam jednak stracony czas i sukcesywnie zaznaczam wydeptane ścieżki na mapie. Tego lata oddychać będę powietrzem bieszczadzkim, za rok zaś obiecuję sobie i Panu R. – Tatry. 

Moja nieznajomość tych ostatnich wyszła przy okazji lektury. Nie zaskoczyłam zakochanego w Tatrach Pana R. wiadomościami o tym, że to właśnie Witkacy wierzył, iż ze stylu zakopiańskiego można stworzyć nowy narodowy styl będący pochodną dawnego drewnianego stylu polskiego oraz tym, że lekarz chorób Chałubiński nie tylko uważany jest za ojca chrzestnego letniska w Zakopanym, ale kładł on również podwaliny pod tatrzańską turystykę. 

Kto wie, czy bez Wojciecha Brzegi, Zakopane do dzisiaj nie byłoby zwykłą górską wsią? „Żywot górala poczciwego” świadczy bowiem o tym, że niemały wpływ na promocję tego miejsca odegrała właśnie jego postać.

Książka, o której wciąż tutaj mowa, składa się z pięciu części: 
- Zapiski, notatki, wspomnienia (fragmenty pamiętników Brzegi)
- Gawędy (jego twórczość literacka, zapisana góralską gwarą)
- Wojciech Brzega w fotografiach i dokumentach 
- Dłutem i piórem. O Wojciechu Brzedze 1872-1941 (bardzo obszerny komentarz do biografii autorstwa Michała Jagiełły**)
- Wojciecha Brzegi dzieła wybrane (fotograficzna dokumentacja rzeźb, ornamentyki, mebli i ich projektów).

Najistotniejszą dla mnie częścią książki były pamiętniki Brzegi. To nie tylko zapis faktograficzny z jego życia (o chłopskim, biednym pochodzeniu, dorastaniu w górach w okresie wielkiej emigracji górali za chlebem do Ameryki, o wojennych doświadczeniach, artystycznych wyjazdach do Monachium i Paryża i poznaniu ww. znanych postaci ze świata sztuki i literatury), ale również rozrachunek z życiem opakowany w bardzo ciekawą, miejscami krytyczną, ale i spostrzegawczą formę uważnego obserwatora życia. 
Z Zapisków wyłania się człowiek, dla którego uczciwość, etyka i praca własna stanowią wysoką wartość. Który szanuje swoich artystycznych mistrzów i mentorów, ale kiedy trzeba potrafi również ich konstruktywnie skrytykować. To osoba umiłowana w przyrodzie, zachwycająca się ptakami, przyrodą gór i pięknem sztuki.

Jego artyzm charakteryzował się m.in. bardzo starannie wykonanymi szkicami i projektami


Piękna postać – aż szkoda, że wciąż tak mało znana. Tym bardziej zatem cieszy fakt, że odkurzone i dopracowane „Żywoty człowieka poczciwego” (które oprócz walorów biograficznych można traktować jako etnograficzne studium) zdecydowało się wydać właśnie Wydawnictwo Narodowego Parku Tatrzańskiego. Bo przecież, aby poznać Tatry nie wystarczy przejść się zatłoczonymi Krupówkami i w sandałach, tudzież w szpilkach (!) wejść na Giewont.


„Najpierw rozbudował sobie własny warsztat stolarsko – rzeźbiarski, w końcu został profesorem szkoły rzeźbiarskiej w Zakopanem. (…) Brzega był ‘selfmademan’, nie tylko z własnym talentem  i pracowitością zdobywając sobie stanowisko, ale w znaczeniu o wiele wyższym, w trudnych warunkach osobistych, na łamiącym niejednego pograniczu dwu światów, w epoce wcale w dodatku nie najpomyślniejszej, poprzez wszystkie fermenty i zawiłości, stał się taki, jaki był, wolny od wszelkiego egotyzmu, zharmonizowany, jednolity, ze wszystkich rozbieżności przyswajając sobie tylko to, co wartościowe. Nieodżałowany Wojtuś Brzega.” (Michał Pawlikowski)



To idealna książka przede wszystkim dla zakochanych w Tatrach, dla lubiących czytać biografie i dla zainteresowanych etnografią, historią i sztuką.

Za ekskluzywnie wydany egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Tatrzańskiego Parku Narodowego
6/6
______________________
*cytaty: Wojciech Brzega – Żywot górala poczciwego. Spojrzenie po latach; wyd. Tatrzańskiego Parku Narodowego Zakopane 2015

**Uwaga: komentarz do biografii Wojciecha Brzegi opracował Michał Jagiełło, którego książkę „Wołanie w górach” gorąco poleca przeczytać Pan R.



niedziela, 26 kwietnia 2015

Czy powstanie atomowy Disneyland? Francesco M. Cataluccio - Czarnobyl



„Nazwa miasta pochodzi ze złączenia słów ‘czornyj’ i ‘bylia’. Dosłowne znaczenie więc to ‘czarna łodyga’. Pochodzenie tej nazwy nie jest dobrze znane. Istnieje kilka hipotez. Jedna z nich każe szukać jej korzeni w ukraińskim słowie oznaczającym bylicę piołun, Artemisia absinthium, główny składnik absyntu, obok nasion anyżu, kopru włoskiego, hyzopu i melisy zmieszanych z dzięglem, miętą, jałowcem, rumiankiem i kolendrą.”*

6 kwietnia 1986 roku w Prypeci na terenach ówczesnego ZSRR była piękna i ciepła wiosenna pogoda. Nikt się nie spodziewał, że tego samego dnia, w pobliskiej elektrowni jądrowej w Czarnobylu dojdzie do największej katastrofy w dziejach energetyki atomowej.
29 lat temu owe zdarzenie łączyło się ze strachem o zdrowie, dezorientacją i dezinformacją. Dzisiaj - fascynuje. Między innymi dlatego właśnie na naszym comiesięcznym Sabatowie u Natalii sięgnęłyśmy po „Czarnobyl” Francesco M. Cataluccia.



Prawdę powiedziawszy, przed lekturą, wszystkie spodziewałyśmy się po książce tego samego – czystej, dokumentalnej relacji atomowej katastrofy. Po przeczytaniu również byłyśmy zgodne – tym razem co do tego, że nie do końca jesteśmy usatysfakcjonowane treścią.

Nie powiem, że książka nie była ciekawa. Była i to bardzo. Jednym z najbardziej dla mnie interesujących elementów było prześledzenie historii miasta na przestrzeni wieków. Kiedy mówi się o Czarnobylu – na myśl przychodzi od razu katastrofa. Tymczasem Cantaluccio cofa się dalej – aż do 1193 r. Przedstawia, jak miasto przechodziło z rąk do rąk, opowiada o żydowskim osadnictwie i zarysowuje późniejsze trudne dzieje Żydów na tych ziemiach, dopowiada o wojennej tragedii XX wieku, w tym – o wielkim głodzie na Ukrainie za czasów Sowietów. I w pewnym momencie dochodzimy do najbardziej interesujących, atomowych wiadomości.

„Wokół Czarnobyla największe wrażenie robi cisza. Głęboka, całkowita, cięższa niż na pustyni. Spróbujcie sobie wyobrazić wieś, w której nie słychać odgłosów zwierząt. Brak ludzkich głosów wydaje się prawie naturalną tego konsekwencją. Nad ukraińską wsią znów zapanowała cisza, taka sama jak po masakrach, głodzie, rabunkach i wojnie.”

Obecnie Czarnobyl to strefa, do której nie może wejść każdy. Oprowadzane są jednak wycieczki, jak również mieszkają tam nieliczni z tych, którzy po katastrofie zostali wysiedlenie, ale po pewnym czasie powrócili do swoich domów. Władanie nad tym obszarem przejęła przyroda – dawne osiedla są zalesiane przez samosiejki, a po terenie błąkają się zwierzęta – potomkowie tych, z żyjących 26 kwietnia 1986 roku.

W „Czarnobylu” Cantaluccio zebrał wypowiedzi bezpośrednich obserwatorów pierwszych dni katastrofy. 
„Wybuch reaktora spowodował śmiertelne, choć niewidzialne skażenie. Ale jednocześnie wywołał pomieszanie zmysłów, był od razu wyczuwalny, choć świadectwa bardzo się różnią. Tak bardzo, że można by wręcz myśleć o zbiorowej halucynacji.”

Zaskakujące, jak owe wydarzenie mieni się barwami. Błękitny dym nad elektrownią, jasnomalinowa łuna, czarne grzebienie u kur, rude świerki, biała ziemia,  zielone i jasnożółte kałuże – to jednak nie jedyny objaw halucynacji będący efektem skażenia. To również zapachy: gnijącego mięsa, jodyny i kwasu lub jak u operatora filmowego, Siergieja Gurina:
„Zobaczyłem kwitnącą jabłoń i zacząłem fotografować… Hucz a trzmiele, sady kwitną… Trzymam w rękach kamerę, ale nic nie mogę zrozumieć… Coś tu nie pasuje! […] I nagle przeszywa mnie myśl: nie czuję zapachu. Sad kwitnie, ale nie pachnie! Dopiero później dowiedziałem się, że tak reaguje organizm przy wysokim promieniowaniu, blokują się niektóre organy. […] Pytam swoich z ekipy (było nas trzech): „Jak pachnie jabłoń?”. „W ogóle nie pachnie”. Coś się z nami stało… Bez nie pachniał… Bez! Wtedy pojawiło się u mnie takie poczucie, że to wszystko dookoła nie dzieje się naprawdę. Że otaczają mnie dekoracje.”

Książka nie tylko o Czarnobylu snuje opowieść. Omawiając ją na spotkaniu, stwierdziłyśmy, iż autor najwyraźniej chciał napisać swoją biografię, którą jakoś musiał opakować. Wykorzystał do tego celu właśnie katastrofę. A ponieważ w tamtym okresie mieszkał w Polsce i był świadkiem tego, jak społeczeństwo, w tym i on sam dowiadywał się o katastrofie (zamieścił nawet fragmenty swojego dziennika, spisywanego na początku maja 1986 r. ), a po latach zwiedził zonę jako turysta – temat nasuwał się sam. 

Nie każdy element jego biografii był dobrze skompilowany z Czarnobylem. Jednakowoż interesujące było powiązanie czarnobylskiej elektrowni z inną katastrofą, która zdarzyła się wcześniej, bo 10 lipca 1976 r. w Seveso. We włoskiej fabryce miała wtedy miejsce awaria systemu kontrolnego reaktora chemicznego przeznaczonego do produkcji trichlorofenolu, składnika wielu herbicydów. O tym, że chmura dioksyny wniknęła w atmosferę, społeczeństwo zostało powiadomione (podobnie jak w przypadku Czarnobyla) dopiero kilka dni po katastrofie. O tym nie wiedziałam, zatem informację poczytuję na korzyść książki.

Zbędnym elementem była natomiast wpleciona biografia wojskowa autora oraz niezbyt kompatybilna z treścią fantastyczna wizja, jakoby to demony na przestrzeni wieków były odpowiedzialne za losy miasta.


Jak może wyglądać Czarnobyl po latach? Cantaluccio wyobraża go sobie jako radioaktywny Disneyland – stworzony dla turystów park rozrywki, w którym statyści odgrywać będą role pierzchających przed zwiedzającymi prawdziwych, ostatnich mieszkańców. Miasta – widma według niego mogą stać się niezłym biznesem, jedną z wielu wycieczek w folderach biura podróży i broszurach rozdawanych w hotelach, podobnie jak teraz jest już z byłymi obozami koncentracyjnymi. Być może w jakiejś fabryce ruszy produkcja gadżetów z cyklu „the day after”: specjalnych butów antyradiacyjnych, jednorazowych kombinezonów, masek w stu kolorach, cukierków z lukrecją przeciw skutkom skażenia, broszurek i pocztówek. Niemożliwe? Bynajmniej! Biznes na ludzkiej fascynacji i ciekawości jest zawsze bardzo dochodowy. Wszystko to tylko kwestia czasu.


4/6
________________
* cyaty: Francesco M. Cataluccio - Czarnobyl, wyd. Czarne


czwartek, 23 kwietnia 2015

Kiedy książka z bożka staje się kumplem, czyli Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich 2015


To zdumiewające dla mnie samej, że „Młodszy Księgowy”, a więc i Dehnel muszą wciąż czekać, aż łaskawie wezmę się za lekturę. Zwykle bowiem książki jego autorstwa czytałam niemal natychmiast po tym, kiedy wpadły mi w rękę. Wyjątkiem jest „Balzakiana”. Z tą czekam, aż zgłębię twórczość Balzaca. No bo powiedzmy sobie szczerze – przeczytany dotychczas tylko „Ojciec Goriot” jest z tegoż literackiego dorobku zaledwie okruchem (sic! – zważywszy, że główny bohater był właśnie piekarzem).

Ubolewam nad tym „Młodszym księgowym” z kilku powodów. Po pierwsze, że to Dehnel, ale o tym już było. Po drugie dlatego, że to książka o książkach, którą swoją drogą kupiłam dokładnie dwa lata temu z okazji „Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich” właśnie! I nawet zaczęłam ją czytać te dwa lata temu – dość zachłannie, mogłabym rzec. Ale później przystopowałam, bo jest to zbiór felietonów o szeroko pojętym temacie trącającym książki. Przyjęłam zatem taktykę jedzenia gorzkiej czekolady – na język i ssać niespiesznie, aż ma się rozlewać po kubkach smakowych. Tyle że tę czekoladę odłożyłam na półkę. 

A taki był plan, że na dzisiejsze święto książki miała być książka o książkach! To po trzecie. I jakby to powiedzieć – nie wyrobiłam się z lekturą. Dlatego zgrabnie zarzucę tutaj temat zastępczy, a potem dosłodzę kotem ;)

Dehnel bowiem przypomniał mi o cyklu filmów „Sztuka czytania – pokaż swoje książki” i „Czytanie to awantura”, w których znani z robienia w książkach, zapraszają do domu i opowiadają o swoich księgozbiorach. Najbardziej spodobały  mi się opowieści Mariusza Szczygła, Andrzeja Stasiuka, Pawła Wąsowicza (nie zgadniecie, gdzie można trzymać nowości ;)), Joanny Olech, Jacka Dehnela właśnie, Małgorzaty Rejmer (lubię te jej wypowiedzi o e-bookach i prywatnym terenie w książkach) oraz Marty Syrwid

Opowieść tej ostatniej o wyrzucaniu do kosza, słabych jej zdaniem, książek było powodem mojego chwilowego zmarszczenia czoła. Ale przy okazji dało mi to impuls do przemyśleń na temat nabożnego stosunku do książek.

No i cóż – w tej materii trochę się u mnie po latach zmieniło. Wprawdzie nadal nie pokalałabym się wyrzuceniem książki do kosza (wolę wymienić lub zostawić w tramwaju), ale za to nieustannie bazgrzę po książkach ołówkiem. A nawet śmiem stwierdzić, że przestaje mnie boleć moje czytelnicze serce, kiedy widzę, że Pan R. zostawia książkę do góry grzbietem. I… może nawet będę skłonna kiedyś… uwaga, niech przeklnę! zaginać rogi! (aaaa! ;)) Wszystko bowiem dlatego, że książki z papierowych bożków stały się kumplami traktowanymi dość użytkowo. Kompozycyjnie oczywiście też, ale nie mam już takich sentymentów przy rozstawaniu się z niektórymi, jak bywało to kiedyś. Dość powiedzieć, że e-booki nieobjęte są w ogóle sentymentem i traktowane jednorazowo. Ale to akurat zrzucę na karb braku czytnika, a nie mojego zimnego czytelniczego serca ;)

Ciekawa jestem, jak to u Was jest z tymi książkami. Niech Światowy Dzień Książki natchnie Was na przemyślenia ;)
A o „Młodszego Księgowego” spokojna głowa – kiedyś się tutaj pojawi. Tymczasem zdjęcie poglądowe, jak można się „tulić” do książki ;) Uprzedzam pytania – nie pryskałam kocimiętką :)




niedziela, 19 kwietnia 2015

O niepamięci w dniu pamięci. Elisabeth Åsbrink - W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa


„W Wiedniu pędzą samochody. Rozbiera się budynki, a na ich miejsce stawia się nowe. Wczesną wiosną ludzie przechadzają się po Praterze albo jadą na niedzielną wycieczkę do Lasu Wiedeńskiego, gdzie można znaleźć polankę do kopania piłki i potem posilić się własnym prowiantem. Wszystko jak dawniej. Drzewa wciąż stoją. W ich koronach jest cień.” *

Na zdjęciu książki traktujące o wojennych losach Żydów
Recenzja "Wyboru Ireny" tutaj, "Dwaj Bracia" na blogu jeszcze w kwietniu już zrecenzowane, a reszta w bliskiej przyszłości ;)


Pamiętam, kiedy w szkole średniej omawialiśmy „Guziki” Zbigniewa Herberta, ów wiersz zrobił na mnie ogromne wrażenie. Krótki tekst, ale bardzo wymowny w swojej prostocie. To było zaskakujące, że o brzydkiej wojnie można pisać tak pięknie, a jednocześnie sugestywnie. Podobnie zresztą rzecz się miała z „Campo di Fiori” Czesława Miłosza. Ten drugi właśnie dzisiaj, w 72. Rocznicę Powstania w getcie warszawskim znowu dobitnie przypomina o wydarzeniach sprzed lat.
Ostatnimi czasy dużo mówi się o Polin i o Żydach polskiego pochodzenia. A jak wyglądała wojenna rzeczywistość Żydów w sercu nazizmu - Niemczech i Austrii? I co z tym wspólnego ma Szwecja?

„Im mniej ludzi o tym wie, tym lepiej” usłyszała kiedyś Elisabeth Åsbrink dowiadując się, iż w jej żyłach krąży żydowska krew. Zapewne tak samo chcieliby powiedzieć Szwedzi o swoim udziale w II wojnie światowej. „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” okazało się wydawniczym skandalem, bo na światło dzienne wywlekło to, o czym niektórzy woleliby milczeć, zamieść pod dywan, zapomnieć na zawsze. Tak, jak Ingvar Kamprad – założyciel IKEA, a jednocześnie entuzjasta nazizmu i… przyjaciel Żyda.

Owym Żydem jest Otto – bohater literackiego reportażu Åsbrink. Początek historii jest, można rzec, sielski. Otto – jedynak, hołubiony przez rodziców i najbliższą rodzinę nawet nie spodziewa się, iż w niedalekiej przyszłości nie tylko zostanie sierotą, ale też i uchodźcem. Nikt również nie spodziewa się, że urodziny Elise Kollmann – matki Ottona w kalendarzu z przyszłości będą zbiegać się z Kryształową Nocą.

Po dojściu do władzy Hitlera i po wejściu w życie ustaw norymberskich w Niemczech i Austrii słusznie zaczyna się odczuwać niepokój zwiastujący rasową eksterminację. Na razie pojawiają się tylko zakazy: zakaz wspólnego przebywania w kinie czystych Aryjczyków i Żydów, zakaz nauczania jednych przez drugich, zakaz wzajemnego handlu, leczenia etc. Na razie to tylko oddzielenie, względna izolacja, która w przyszłości rozwinie się w coś o wiele groźniejszego.

Kiedy sytuacja staje się coraz gorsza - wychuchany i rozpieszczony Otto, w ramach chrześcijańskiej Szwedzkiej Misji dla Izraela zostaje z niemałym trudem przetransportowany do Szwecji. Tylko na jakiś czas, aż jego rodzicom również uda się opuścić Wiedeń i wyjechać za granicę. Tymczasem on ma się uczyć i pracować. To nie potrwa długo i wszystko będzie dobrze – tak myślą obie strony. Piszą do siebie serdeczne listy, relacjonują codzienność. Nie wszyscy szczerze i w szczegółach. Bo przecież dziecko nie może się martwić, że jego rodzicom – Żydom, w Austrii żyje się coraz gorzej. Otto nie może się dowiedzieć, że ciotka z wujkiem trafili do obozu, że ojciec wydaje innych Żydów, aby ochronić się przed wywózką, że niedojadają, że żyją w strachu, że niepokój i głód to już codzienność.
Otto zaś uczy się, pracuje na roli, przyswaja język szwedzki. Trafia w końcu jako parobek do majątku Kampradów – szwedzkich sympatyków nazizmu. A tam zaprzyjaźnia się z synem właściciela ziemi – Ingvarem, późniejszym „panem IKEA”.

„Gospodarstwo nazywa się Elmtaryd, miejscowość Agunnaryd. Pierwsze litery tych nazw składają się dzisiaj na logo jednej z najbardziej znanych firm na świecie. (…) Już w 1943 roku siedemnastoletni Ingvar założył przedsiębiorstwo handlowe. Z początku skupował i sprzedawał wieczne pióra, paski do zegarków i segregatory. Teraz przyglądał się okolicznym warsztatom mebli wokół jeziora Möckeln i zastanawiał się nad branżą meblową. Dodał swoje inicjały do nazwy miejscowości. Ingvar Kamprad Elmtaryd Agunnaryd.”

Otto wchłania się w szwedzką codzienność. Z jednej strony to bezpieczny kraj, który dał mu schronienie przed nazistowską zagładą, a z drugiej strony to ziemia, w której ogniskują się organizacje sympatyzujące z ideologią, którą głosi Hitler. Wyznawcy Austriaka z wąsem żyją razem z Ottonem, są jego pracodawcami i przyjaciółmi. Jakkolwiek to kuriozalnie brzmi, tak to właśnie wyglądało. Ta sama Szwecja, która dzisiaj jest taka przyjazna i socjalna, nie chce pamiętać o swoich wojennych, niezbyt pochlebnych doświadczeniach.

To bardzo ciekawy i smutny zapis życia pewnej żydowskiej rodziny. To również interesujący obraz dobra i zła. Ale też i historia niepamięci. 

„Invar stał się ikoną i jest jak Szwecja – trójdzielny.
Po pierwsze – blisko wszystkiego, co niemieckie, tak że granica między Niemcami i Szwecją była ledwo dostrzegalna. Język, poglądy i idee przenikały się tam i z powrotem jak w naczyniach połączonych.
Po drugie – zwykła ludzka życzliwość. Szwecja nie chciała przyjmować kontyngentów, ale godziła się na powolnie sączący się strumyk ludzi, którzy pojedynczo trafiali do szwedzkiego społeczeństwa. Wtedy mogła powstać przyjaźń. Można się było razem bawić, wspólnie doglądać lasu, zwierząt, pola. Jakby nie istniał związek pomiędzy ideą a konsekwencją. Albo tak, jak powiedział o deportacjach jeden z czytelników w ankiecie ‘Dagens Nyheter’: że do Żydów nie czuł żadnej sympatii, ale nie chciał uczestniczyć w czymś tak potwornym.
Po trzecie – szwedzki naród ma jeszcze jedną wspólną cechę z Ingvarem, a może ją nawet hoduje. Niepamięć.”


Elisabeth Åsbrink zdaje się w książce szukać odpowiedzi nie tylko na pytania odnośnie swojego żydowskiego pochodzenia, ale jak również na te, jak wiele z dobrego i złego ma w sobie konformizm.

Książka została wydana nakładem wydawnictwa Czarne, w 2011 roku otrzymała szwedzką nagrodę Augusta w kategorii literatura faktu, a w zeszłym roku otrzymała literacką nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. A na dodatek napisana jest bardzo pięknym i giętkim językiem. Chyba już więcej nie trzeba, aby zachęcić do jej lektury. Bo treść broni się sama. 

6/6
_____________________
* cytaty: Elisabeth Åsbrink - W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa (tyt. oryg. Och I Wienerwald Star Traden Kvar, przekł, Irena Kowadło - Przedmojska)

Tutaj krótki film, w którym o książce opowiada autorka Elisabeth Åsbrink i tłumaczka Irena Kowadło - Przedmojska

Książkę omawiałyśmy na lutowym Sabatowie - tutaj protokół.



wtorek, 14 kwietnia 2015

I Ty możesz zostać czarodziejem - zrób porządek z bałaganem ;) Marie Kondo - Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji


„W Japonii uważa się, że posprzątanie domu oraz utrzymywanie czystości w toalecie przynosi szczęście.”*



Perfekcyjna Pani Domu

Swego czasu, ku zdziwieniu Pana R., z lubością oglądałam kolejne odcinki Perfekcyjnej Pani Domu. Niezmiennie fascynowało mnie, jak kolejni bohaterowie przechodzą od lat obojętnie wokół bałaganu w swoim domu. W większości przypadków okazywało się, że nieporządek wynika z trudnej sytuacji życiowej, w jakiej znaleźli się panie i panowie (program nie do końca był „ukobiecony”) w niedalekiej przeszłości. Nie były to dla mnie przekonywujące argumenty. Zresztą nie tylko dla mnie. 

To, co wybijało się na pierwszy plan, był nadmiar dóbr i brak pomysłu na jego ujarzmienie. Stoję po przeciwnej stronie barykady, a w związku z tym nie dość, że nie mam chomiczych zapędów, to na dodatek redukuję przedmioty w domu do absolutnego minimum. W czym pomaga mi grupa wymiankowa na fejsbuku, dzięki której zebrałam (sic!) prezentowany niedawny stos

No dobrze, oddam sprawiedliwość – książki to chyba jedyne przedmioty, które ostatnio przybywają mi na potęgę. Za to w mojej szafie, po jesiennej rewolucji, na poważnie zaczyna hulać wiatr. Po prawie całkowitym pozbyciu się kolorowych i wzorzystych fatałaszków, problem zbyt małej ilości odzieży, coraz śmielej majaczy na moim szafiarskim horyzoncie ;)


Trzy razy P na domową powódź

Wróćmy jednak do nadmiaru. Konsumpcyjny styl życia i łatwy dostęp do dób powoduje, że toniemy pod napływem (bardziej lub mniej przydatnych) przedmiotów. A skoro nadmiar generuje również bałagan, to właśnie w tym momencie powinna zapalić się czerwona lampka ostrzegawcza z napisem „Sprzątanie”.

Czym jednak jest sprzątanie? Pewnie niejedna osoba odpowie, że syzyfową pracą. Tymczasem Marie Kondo twierdzi, że sprzątanie to sztuka, którą można w sobie wyćwiczyć.

„Sztuka sprzątania to seria prostych czynności, w czasie których przedmioty są przesuwane z jednego miejsca do drugiego. Obejmuje to umieszczenie rzeczy tam, gdzie powinny być. Wydaje się to tak proste, że nawet sześciolatek mógłby to zrobić. A jednak większość ludzi tego nie potrafi. Kiedy tylko skończą sprzątać, w  ich przestrzeń znowu wkracza nieład. Nie jest to kwestia  braku umiejętności, chodzi tu raczej o brak świadomości i nieumiejętność skutecznego sprzątania. Innymi słowy, sedno problemu tkwi w myśleniu. Sukces w 90 procentach zależy od naszego nastawienia mentalnego.”

Magia sprzątania według autorki oznacza, ni mniej, ni więcej, jak zaprzestanie sprzątania. Tak, dokładnie! Ale aby posiąść takie zdolności magiczne – najpierw trzeba po raz ostatni zakasać rękawy, zaopatrzyć się w dużą ilość worków i entuzjazm oraz włączyć inny sposób myślenia o porządku.

Marie Kondo uważa, że nasze domy zawalone są zbyt dużą ilością przedmiotów. Większość z nich nigdy nie będzie używana, a na dodatek leży zapomniana w zakamarkach szaf i szafek. Dokupujemy meble, bo trudno nam upychać kolejne materialne dobra.  A wraz z tym tracimy zapał do sprzątania. Pierwszy krok w generalnym sprzątaniu to eliminacja i redukcja. Należy robić to metodycznie. W przypadku metody konmari (od nazwiska autorki) nie jest to sprzątanie odnoszące się do konkretnej powierzchni, a tematyczne. Zatem nie skupiamy się na zawartości szafy, biurka, pokoju, ale na zbiorze ubrań, książek, podobnych sprzętów, produktów etc.

Kolejność sprzątania w metodzie konmari przedstawia się następująco: ubrania, książki, dokumenty i inne papiery, rzeczy różne, na końcu przedmioty sentymentalne (pamiątki i zdjęcia).
Perfekcyjna Pani Domu stosowała metodę „trzech P”: pożyteczne, piękne, pamiątkowe. Jeżeli jakiś przedmiot nie spełniał, któregoś z warunków – leciał do kosza. To dobra metoda. Dość podobna taktyka została zastosowana w „Magii sprzątania”. Bardziej szczegółową i szczerze mówiąc radykalniejszą przyjęła Kasia z bloga Simplicite. Swoją drogą ta ostatnia przypadła mi najbardziej do gustu.


Magia pudełka

Jednak książka nie odnosi się tylko do tego, iż gwarancją porządku jest redukcja, a nawet, można powiedzieć, że w pewnym stopniu mentalny minimalizm. Pozbywanie się zbędnych przedmiotów to tyko pewien etap na drodze do zmiany myślenia o porządku. To również nauczenie się organizacji przestrzeni, przy czym autorka od razu dopowiada, że w tym przypadku gadżety ułatwiające przechowywanie wcale nie są tak niezbędne. Wystarczy kreatywnie spojrzeć na zwykłe pudełko po butach.

Najbardziej natomiast istotnym, według mnie, zagadnieniem w książce jest zasygnalizowany nawyk odkładania rzeczy na swoje miejsce. Jestem tego gorliwą wyznawczynią. Na własne potrzeby nazwałam to kiedyś „metodą minutową”. 
Ile razy ściągnięte pranie leżało u Ciebie dniami na fotelu w oczekiwaniu na złożenie i wpakowanie do szafy, kanapę okupował rozłożony byle jak koc, bądź na stole/podłodze leżały przedmioty, które używane były kilka dni wcześniej? Ile czasu zajmuje odłożenie tego na miejsce? Minutę, dwie, dziesięć? To chyba nie tak dużo? Nieodkładanie czynności na wieczne później i poskładanie tego przykładowego prania od razu po zdjęciu ze sznurków oznacza, że w ciągu 10 minut na cały tydzień redukujemy problem okupującego domową przestrzeń bałaganu.

W systematyczności i organizacji tkwi właśnie magia sprzątania. A ponieważ zaklęcia te nie są trudne, każdy może być „porządnym” magikiem dla siebie i swojego otoczenia ;)


Eco friendly

Co myślę o tej książce? Dla mnie to żadne novum. Choć czytało mi się ją przyjemnie - nie zaskoczyła mnie, co więcej utwierdzała tylko w przekonaniu, że metodę konmari stosuję od dawna. Jedyny mój sprzeciw wywołało wielokrotnie wspominana potrzeba wyrzucania rzeczy. Owszem – nadmiar przedmiotów należy redukować, ale można je inaczej zutylizować, niż tylko na śmietniku. Dlaczego sprzątając swój dom mielibyśmy powiększać hałdy na śmietnisku? Wiele przedmiotów nieprzydatnych dla nas, ale wciąż sprawnych, może jeszcze znaleźć nowego właściciela. Mnie osobiście bardzo podoba się idea wymian, zbiórek (jak chociażby odzieży) i niezobowiązujących prezentów. Sprzątanie bowiem powinno być racjonalne, ale też i przyjazne dla środowiska. 

Metoda opisana w „Magii sprzątania” na pewno może być pomocna dla tych, którzy chcą posprzątać swoją przestrzeń, ale nie wiedzą jak, ale to także świetny temat do rozważań dla tych, którzy uważają, że bałagan to tylko „artystyczny nieład” ;)


Chcesz to? ;)

A teraz uwaga: ponieważ w myśl niegromadzenia ponad potrzebę, zdecydowałam, że książkę nie odstawiam na półkę, ale puszczam dalej w świat. Jeżeli wśród Was jest ktoś chętny, proszę o zasygnalizowanie tego w komentarzu. Na odzew czekam do najbliższej niedzieli, czyli do 19. kwietnia. Oprócz standartowego „chcę” możesz też napisać, dlaczego ta książka wydaje się dla Ciebie interesująca. Jeżeli chętnych będzie więcej niż jedna osoba – drogą losowania zadecyduje ślepy los ;) Nowego właściciela/właścicielkę ogłoszę tutaj w tym poście w najbliższy poniedziałek.


Edit: 20.04.2015 r.
Dziękuję za Wasze komentarze.
Nową właścicielką książki jest Ania z Buk Nocą, która przekonała mnie swoją stertą prania ;)


______________________
* cytaty: Marie Kondo – Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji; wyd. MUZA SA 2015

Książkę do recenzji przekazało wydawnictwo Muza SA


niedziela, 12 kwietnia 2015

Strzeż się "ślepego oczka" ;) Romuald Pawlak - Czarem i smokiem


„W środku panował półmrok. Pachniało końmi oraz czymś nieuchwytnym, dziwnym. Rosselin kichnął. Po obu stronach zobaczył szereg boksów. W większości były puste, tylko w niektórych stały jakieś dziwne zwierzęta. Jedne były przywiązane łańcuchami, inne nie.
- mało być zoo – chrypnął Mingard. – Ale nie wyszło.
Nagle z cienia wylazł jakiś niezwykły stwór. Było to bydle wielkości człowieka podążającego na czworakach, intensywnie zielone, skrzydlate. Jego skórę, sprawiającą wrażenie oślizgłej i nieprzyjemnej w dotyku, pokrywały purchawki, z których cienkimi smugami ściekała jakaś wydzielina. Na widok ludzi stwór skrzeknął ochryple. Rosselin cofnął się ze wstrętem.
- Smok – wyjaśnił z obrzydzeniem kulawiec. – Prawdopodobnie ostatni... Głupie bydlę, nawet nie lata. Chciałem go podarować cesarzowej, ale tylko by jej dywany brudził, a mnie wstyd przyniósł... Sio! – krzyknął na stwora, a ten z jękiem cofnął się i zniknął w głębi pomieszczenia.”*


W marcu gruchnęła wieść, że zmarł, lubiany przez wielu, autor humoresek fantasy – Terry Pratchett. To smutna wiadomość tym bardziej, że swoją twórczością wielu poprawiał humor. A ponieważ nie powstanie już więcej książek ze „Świata  Dysku”, są dwa wyjścia: przeczytać ponownie to, co już się przeczytało, albo szukać coś w tym typie u innych autorów.

Romualda Pawlaka już tutaj chwaliłam przy okazji „Rycerza bezkonnego”. Wtedy właśnie wspominałam, iż ww. książka jest właśnie utrzymana w pratchettowskim stylu. A to oznacza, że dobra zabawa przy czytaniu jest w pakiecie z lekturą ;) 

Po dobrych wrażeniach z Filleganem z Wake - rycerzem, inkwizytorem, magiem, alchemikiem, medykiem, innymi słowy bardzo wielofunkcyjnym bohaterem ;) z entuzjazmem zabrałam się do książki „Czarem i smokiem”.


Rosselin jest magiem-pogodnikiem trzeciej kategorii. Nie jest zbyt lotny w czarowaniu, bo swego czasu nie bardzo przykładał się do nauki w Akademii Magicznej. Jego specjalizacja obejmuje panowanie nad wybrykami gór, rzek, jezior, wulkanów i chmur. A ściślej mówiąc - powinna obejmować. Tymczasem jego chlebodawca – malarz Astrogoniusz przez źle wyczarowaną przez Rosselina pogodę nie może malować obrazów dla cesarzowej Imperium Faraelickiego. 

Mag traci więc posadę, upija się na smutno w karczmie i po pijaku zaciąga na statek w roli czarownika zdolnego wywołać wiatr o określonym kierunku, odpowiednim dla morskiej żeglugi. Dość to niefortunne, gdyż jest lądowym magiem, który nie tylko, że nienawidzi słonej wody, to na dodatek jego zaklęcia nie mają mocy na pełnym morzu. Jak więc czarować, a tym bardziej odeprzeć atak piratów, kiedy brak zdolności czarowania? Ha! Od czego jest gniewny piorun kulisty**? ;) 

Rosselin ma więcej szczęścia, niż zdolności i rozumu. Ostatecznie z morskiej przygody wychodzi cało, trafia na dwór cesarzowej Joanny f’Imperte, by po niedługim czasie znowu popaść w tarapaty, które skutkują zsyłką na ziemie Mingarda – właściciela kopalni soli. To właśnie tam krzyżują się jego losy z Filipponem – ostatnim smokiem na świecie, który… smoka nie przypomina w ogóle. Szczerze mówiąc bardziej przypomina chorą, przerośniętą jaszczurkę, która nie tylko z rzadka zieje ogniem, ale i nie przepada za lataniem. Lecz to tylko pozory - Filippon bowiem nie dość, że potrafi dobrze się maskować, ale także świetnie gada ludzkim głosem i może zamienić się, w co tylko zechce: bębenek, krzesło, mrówkę, właściciela, który go więzi w swoim dziwacznym zoo, albo i psa. Nic trudnego. 

Mag-pogodnik na zssyłce u posiadacza ziemskiego - Mingarda wzbogaca się o towarzystwo we wszystko zmieniającego się smoka i przy okazji kotkę-cyklopa zwanej Latarnią. Po infamii, wiedziony nie tylko sentymentem do urodziwej Annabel, ale również chęcią zemsty na byłym chlebodawcy – zadufanym w sobie Astrogoniuszu, ze swoją zwierzęcą świtą powraca na dwór cesarski. Oczywiście nie do końca na legalu. Ale od czego ma się zdolności wywoływania pioruna kulistego i „ślepego oczka”*** ;) Wszak nawet najwięksi głupcy miewają czasem więcej szczęścia, niż rozumu ;) Zwłaszcza, kiedy asem w rękawie okazuje się smok.

„Jak powiadał Sarturus, największy filozof Imperium, skoro marzą ci się trufle, bądź gotów jeść wcześniej kozie bobki. Wtedy nawet jak ci podadzą zwykłe grzyby, uznasz je za rarytas.”



Szczerze powiedziawszy - początek książki wcale mnie nie zachwycił. Nie zrozumcie mnie źle – nie to, że był nudny lub coś w ten deseń. Owszem, był dość zabawny, ale nowy bohater, tym razem mag-pogodnik Rosselin wypadał dość blado na tle rycerza-inkwizytora Fillegana. Ale kiedy w  fantasy do magii doda się jeszcze smoka - fabuła nareszcie dostaje pazura (nie tylko smoczego ;)).

Nie ukrywam, że z obu przeczytanych książek Romualda Pawlaka, na pierwszym miejscu stawiam „Rycerza bezkonnego”. Jednak mimo tego, iż „Czarem i smokiem” rozkręca się w dość wolnym tempie, nie mogę zarzucić, że tej historii brakuje humoru. Wręcz przeciwnie. A ponieważ fabuła nie jest nadmiernie rozbudowana, ani skomplikowana, tym samym świetnie nadaje się na rozrywkową, niezobowiązującą, weekendową lekturę. Ciekawa jestem, czy Wam również spodobałby się duet: mag-fajtłapa i mówiący po ludzku smok-kameleon ;)



**„piorun kulisty” - kula ognia, jedyna magiczna rzecz, której Rosselin  nie musiał się uczyć, tkwiła w nim od maleńkości. Swoją drogą był to powód, dla którego jego rodzice oddali go do Akademii Magicznej, zapowiadając, aby omijał ich wioskę z daleka, bo inaczej będą musieli go zabić. A to dlatego, że w trakcie uroczystości poświęcenia go bogini Dracenie puścił z dymem wioskową świątynię razem z kapłanem, a wszystkie wierzchowce trzymane dla bogini i jej sióstr uciekły w popłochu. Piorun działał wtedy, kiedy mag w żaden sposób nie potrafił opanować swojego strachu i panować nad magią.


***„ślepe oczko” – nietrudne i bardzo praktyczne zaklęcie, dzięki któremu większość magów potrafiła każdej osobie wcisnąć obojętnie jaką brednię. Niestety można było to zrobić jeden jedyny raz, bo później ów człowiek nabierał odporności. Jeżeli się chciało kłamać nadal, trzeba było to robić bez korzystania z magicznych mocy.


 4/6

Książkę do recenzji przekazała Oficyna Wydawnicza  RW2010
___________________
* Romuald Pawlak – Czarem i smokiem; Oficyna Wydawnicza RW2010, e-Wydanie I 2014

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


środa, 8 kwietnia 2015

Czy ten debiut budzi grozę? Ahsan Ridha Hassan – Wieża


„Czternastego października, równo za pięć dwunasta, Andrzej obudził się w niezupełnie swoim łóżku, niezupełnie ubrany, a potem jęknął, przewrócił oczami i zmarł. Zupełnie.”* (z opowiadania „Sądny dzień”)


Zastanawiałam się, co przede wszystkim powinnam napisać o tej książce? Wypunktować na całego wszystkie słabe strony, czy może uwypuklić same dobre? Zarówno pierwsze, jak i drugie wyjście byłoby w tym przypadku złym krokiem.

„Wieża”, na którą składa się pięć opowiadań, jest polskim debiutem pisarskim. Celowo zwracam na to uwagę, bo obcobrzmiące nazwisko autora wcale na to nie wskazuje. Nie wiem, czy jest to pseudonim, czy może jednak identyfikacja zapisana w rodowych papierach. A ponieważ jestem czytelniczką - entuzjastką literatury pod hasłem „dobre, bo polskie”, podeszłam do lektury z ciekawością.

Czy zatem „Wieża” jest „dobra, bo polska”? Skłamałabym odpowiadając wyłącznie twierdząco. To, że daję duży kredyt zaufania dla autorów – rodaków nie oznacza jeszcze, że wszystko, co czytam – będę z automatu chwalić.

Nie, tej książki chwalić nie będę. Ale nie będę też odradzać jej lektury. To był dziwny kawałek literatury – z pogranicza snu i jawy. Książka była też reklamowana jako twórczość z elementami grozy. Czy było tak w istocie? Niekoniecznie, acz daję duży plus za utrzymanie w fabułach atmosfery niepokoju. Czy rzeczywiście aspiruje do twórczości Neila Gaimana? Tego nie wiem, gdyż zatrzymałam się na bodajże 10 stronie „Nigdziebądź” i nigdy nie ruszyłam dalej. Byłabym więc niereprezentatywna w kwestii wyszukiwania podobieństw.

Opowiadań jest pięć. O różnej objętości i mniej lub bardziej porywającej fabule. Przyznaję, że na niektórych fragmentach ziewałam okrutnie, ale z uporem maniaka czytałam dalej. Staram się każdej książce dać spory kredyt zaufania, a czy autorowi udaje się go spłacić lub nie – okazuje się po dotarciu do ostatniej strony.

W tym przypadku ostatnia strona obroniła zarówno cały tom, jak i debiut. Dobrze się złożyło, że akurat „Sądny dzień” zamykał moją przygodę z tą książką. Jest nieco stylizowany na „Proces” Kafki, „Chimerycznego lokatora”  Topora oraz „Kraksę” Dürrenmatta (dla podpowiedzi – chodzi o uwikłanie głównego bohatera w dziwną, niezrozumiałą lub kuriozalną sytuację). Dzięki temu wyrok dla książki jako całości nie jest już tak bardzo surowy. Mimo że do takiego było mu blisko jeszcze w trakcie mojego czytania.

Co może budzić grozę (albo i nie) w recenzowanej książce? Tytułowa wieża, która wyrasta w ogrodzie, a w swoim wnętrzu kryje tajemniczego mieszkańca, martwi, którzy udają żywych, słynni, którzy prześladują nieznanych i miejsca pracy kryjące w swoich załogach likantropów. 
Ale oprócz tego jest też mężczyzna piszący książkę życia, który przez tę czynność „nieco” oderwał się od rzeczywistości, nastolatek zakochany w szkolnej femme fatale i wirtualnej przyjaciółce, młody biznesmen mierzący się z „wyzwaniem” niezapłacenia swoim podwykonawcom i satyryk, który nieoczekiwanie dla niego samego zostaje sędzią.  To tak w bardzo dużym skrócie.

Co zatem z tym debiutem? Ahsan Ridha Hassan wygrał? Według mnie jeszcze dużo przed nim cyzelowania swojego literackiego warsztatu. Niech pisze dalej – może następna książka otrzyma już wyższą notę?

Tymczasem ogromny plus dla wydawnictwa za fantastyczną okładkę.


3/6 (dla książki) i 6/6 (dla okładki)

Książkę do recenzji przekazało wydawnictwo Novae Res s.c.
___________________
*Ahsan Ridha Hassan – Wieża; wyd. Novae Res s.c. Gdynia 2014

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Varia: stos przybytków, nagrody literackie, Share Week 2015 i inne wydarzenia marcowe


Od przybytku głowa nie boli. Oczywiście zależy jeszcze jakiego, ale na pewno nie książkowego ;) Któregoś razu pisałam o tym, jak pozbyć się książek. A jak gromadzić książki? Najprostsze wyjście – kupić. Ale nie każdemu pieniądze mnożą się hurtowo na koncie. Więc może głosić wszem i wobec, że z prezentów, to najbardziej lubi się książki? To też jest dobre wyjście, ale takich okazji w roku jest ograniczona ilość. Podrzucę zatem trzeci, dość pożyteczny sposób – wymiany. 

Miesiąc temu wsiąkłam w grupę bezgotówkowej wymiany na fejsbuniu i oto poniżej efekt mojej „działalności”. Są z tego dwa pożytki – ów udokumentowany zdjęciem stos przybytków. To raz. A dwa – wyczyszczenie szafy i szafek z przedmiotów, które mi już nie są potrzebne, za to mogą być przydatne komuś innemu. I w ten sposób obie strony są zadowolone. Przyznacie sami, że to idealna sytuacja :)


Co zatem przybyło na półki w marcu?

Z bezgotówkowych wymian na ww. grupie fejsbukowej:

1. Kinga Izdebska – Biuro kotów znalezionych (Kinga działa w warszawskiej Koterii, książka jest wynikiem jej pracy jako wolontariuszki)
2. Atlas Ptaki wodne (z okazji powrotu do ornitologicznych ciągot ;))
3. Mariusz Urbanek – Zły Tyrmand (co nieco o Tyrmadzie. Dobre wprowadzenie do „Złego” i sumplement po wystawie „Ulice Złego”)
4. Mariusz Szczygieł – Niedziela, która zdarzyła się w środę (Szczygieł i wszystko jasne)
5. Lian Hearn – Po słowiczej podłodze (powieść z elementami fantasy osadzona w Japonii)
6. Gail Tsukiyama – Ulica Tysiąca Kwiatów (japońska saga rodzinna; zapowiada się dobrze)
7. Geoff Nicholson – Amerykański Dodo (kiedyś rebisowska seria książek „Salamandry” i „Kameleona” zawsze dobrze trafiała w mój czytelniczy gust, zobaczymy jak będzie w tym przypadku)
8. Maria Rodziewiczówna – Wrzos (lubię czasem poczytać nieco starszą literaturę polską)
9. Janusz Korczak – Bankructwo małego Dżeka (bo Stary Doktor napisał nie tylko „Króla Maciusia Pierwszego”)
10. Oliver Swift – Podróże Guliwera (znam tylko z tytułu, więc dlaczego by nie poznać treści? ;))
11. George Orwell – Rok 1984 (klasyka, ten tytuł zawsze chciałam mieć na półce)
12. Mario Vargas Llosa – Pantaleon i wizyt antki (Noblista!)
13. Joyce Carol Oates – Dotyczy sprawy Bobby’ego T. (pod koniec roku sami zauważycie, że 2015 na Czytelniczym należał do tej autorki ;) Liczę na tegorocznego Nobla)
14. J. M. G. Le Clezio – Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent (Noblista!)
15. Fannie Flagg – Smażone zielone pomidory (klasyka - czytałam, chciałam mieć na półce)
16. Jane Austen – Rozważna i romantyczna (klasyka do nadrobienia)
17. Dave Eggers – Co to za coś (bardzo dobrze zapowiadająca się fabularyzowana biografia Sudańczyka uchodźcy mieszkającego w Stanach)
18. Polska 101 wycieczek (kolejny egzemplarz wspomagający moje snucie planów dla krajoznawczych wycieczek)

Z półki bookcrossingowej w bibliotece:

19. Olgierd Gustawski – Echa minionej Warszawy (ciekawe wprowadzenie do tematu o kulturalnej Warszawie z przełomu XIX i XX wieku. Co nieco o niej już w maju przy okazji… pewnej okazji ;))

Z comiesięcznej Wymienialni Książek w Kordegardzie:

20. Helena Rudnicka – Uczniowie Spartakusa (podstawówkowy wyrzut czytelniczego sumienia ;)) Lektura z 5 klasy, którą nie doczytałam – mam szansę teraz ;))
21. Tadeusz Breza – Urząd (fabularnie o urzędniczej władzy i ponoć nieco w duchu „Procesu” Kafki)
22. Mario Puzo – Ojciec Chrzestny (wszystko jasne! ;) Swoją drogą książka oczywiście lepsza od filmu)
23. Pearl S. Buck – Cesarzowa (Noblistka!)

I egzemplarz recenzencki:
24. Żywot górala poczciwego – spojrzenie po latach (wspomnienia znanego zakopiańczyka, znajomego Tetmajera, Witkacego i Chałubińskiego, a jednocześnie obraz Zakopanego z początków XX wieku; recenzja już niebawem).


Ulubione okładki ze stosu wyglądają następująco:

Na dole po prawej: jedyny przykład okładki filmowej na książce, która mi się podoba



No! I to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o przybytki. Na koniec wyimek z kalendarium, czyli zdarzyło się marcu:

1. Dzienniki Kołymskie Jacka Hugo-Badera zostały nominowane do nagrody Pushkin House Russian Book Prize (wyróżniającej literaturę non-fiction o Rosji).


2. Angelus ogłosił listę książek, które zakwalifikowały się do konkursu o tegoroczną nagrodę. Wśród autorów m.in. Jacek Dehnel, Remigiusz Grzela, Kinga Dunin i Andrzej Stasiuk.
Pełna liczba 66 nazwisk i tytułów książek pod tym linkiem.



4. A także znana jest już lista 10 nominowanych do Nagrody im. R. Kapuścińskiego.

5. Z bardzo miłych wiadomości – Czytelniczy obchodził 2 rok działalności oraz został polecony przez Kanioskę w Share Week 2015 (dziękuję!)

6. Z niestety smutnych informacji – „Świat dysku” nie wzbogaci się już o nowy tom. Świat realny pożegnał bowiem Terry’go Paratchett’a :(




sobota, 4 kwietnia 2015

Na święta - kulturalnie, ale z jajem ;)


Drodzy Czytelnicy Czytelniczego,
życzę Wam wszystkiego dobrego na święta: spacerowej pogody, dużo uśmiechu, mile spędzonego czasu, przyjemnej lektury i tradycyjnego smacznego jaja :)


A skoro o jajach mowa - zanim sami zasiądziecie do stołu, poczytajcie, jak przyrządzone jaja jadali bohaterowie książek :)



„Koty z niewinnymi, poważnymi minami siadywały na werandzie, zjadając rzucane im przez Barneya kąski. A jedzenie było doskonałe!
Valancy, choć otoczona romantyczną scenerią, nie zapominała, że mężczyźni mają żołądki. Toteż Barney nie szczędził żonie komplementów.
- Trzeba przyznać – mówił – że smaczne jedzenie ma swoje zalety. Zazwyczaj radziłem sobie w ten sposób, że gotowałem za jednym zamachem tuzin, półtora jaj. Kiedy poczułem głód, zjadałem kilka z chlebem i plasterkiem bekonu, popijając dzbankiem herbaty.”
(Lucy M. Montgomery – Błękitny zamek)


„Historia, którą im bełkotliwe opowiedziała po dwóch aspirynach, przy filiżance gorącej czekolady i naleśnikach z miodem, brzmiała żałośnie, jednak Miller i Alarcon nie żartowali z niej ani nie prawili kazań. Żeby ukryć śmiech, pierwszy zabrał się metodycznie do jajek sadzonych na kiełbasie, a drugi zanurzył nos w filiżance kawy, nędznym substytucie mate.”
(Isabel Allende – Ripper. Gra o życie)


„Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Wreszcie gospodarz lekko wzruszył ramionami, jakby przyznawał, że zabrnęli w ślepą uliczkę. Wstał i powiedział:
- Właśnie miałem zrobić sobie lunch. Równie dobrze mogę przygotować coś dla dwóch.
Quinn zawahał się. Auster widocznie odczytał jego myśli, skoro odgadł, czego gość najbardziej pragnie: siąść do jedzenia, bo będzie pretekst, żeby zostać jeszcze chwilę.
- Właściwie powinienem już iść – odrzekł. – Ale owszem, skorzystam. Mała przekąska nie zaszkodzi.
- Omlet z szynką?
- Doskonale.
Auster poszedł do kuchni. Quinn chciał zaofiarować się z pomocą, ale nie mógł się ruszyć. Jakby skamieniał. Z braku lepszych pomysłów zamknął oczy. (…) Niebawem z ciemności dobiegł jakiś głos, śpiewnie powtarzający w kółko to samo idiotyczne zdanie: „Nie można usmażyć omletu, nie tłukąc jaj. (…)
Ujrzał przed sobą nakryty stół: chleb i masło, znowu piwo, noże i widelce, sól i pieprz, serwetki do ust, omlety parujące na białych talerzach. Wziął się do jedzenia z prostacką zachłannością i zmiótł swoją porcję chyba w parę sekund.”
(Paul Auster – Trylogia nowojorska)


„Jaka przyjemność stać przy piecu i pichcić. Sos holenderski według przepisu: ubić żółtka. Macham trzepaczką i nic, może ‘ubić’, znaczy ‘ukręcić’? Dawniej mówiło się: ‘ukręcić kogel – mogel’, język się zmienia. Ktoś trafnie napisał w szwedzkiej gazecie: ‘Język jest wirusem kosmosu’. Sos za rzadki (te ubite jaja).”
(Manuela Gretkowska – Polka)


„Theo włożył dwa jajka do jednego z garnków, do drugiego wrzucił zieloną fasolkę. Postawił na piecu mleko i przyrumienił grzanki z bułki. Vincent patrzył na krzątającego się brata i ów widok bardziej go krzepił niż jakiekolwiek jadło.
W końcu posiłek był gotów. Theo przysunął stół do łóżka i nakrył go białym, czystym ręcznikiem wyjętym ze swojej walizy. Włożył do fasolki spory kawał masła, ugotowane na miękko jaja wyrzucił na miseczkę i wziął łyżkę do ręki.
- Tak – a teraz otwórz usta! Pierwszy przyzwoity posiłek od Bóg wie jak dawna.
Zjadłszy wszystko z apetytem, Vincent oparł głowę na poduszce. Z westchnieniem zadowolenia rzekł:
- Jedzenie jest piękną rzeczą! Zapomniałem już o tym.”
(Irving Stone - Pasja życia)


„Resztę zimy spędzili przy Avenue Gabriel, nie widując prawie nikogo. Przez pierwszy tydzień wylegiwali się w łóżku do południa. Kochali  się, wygłupiali i jedli smażone jajka, zapijając je szampanem. Ale to, co na początku Coco wydawało się niezmiernie ekscytujące, dość szybko ją znudziło. Piątego dnia nie mogła patrzeć na jajka. Zatęskniła za wstawaniem o ósmej, porannym piciem kawy z mlekiem i czytaniem romansów. Szóstego dnia zaproponowała, by zjedli coś innego. Siódmego – wyskoczyła z pościeli o ósmej, zasiadła w aksamitnym fotelu i zabrała się do lektury. Koniec z rytuałem z jajkami i szampanem.”
(Cristina Sanchez – Andrade  - Coco)



A na koniec, już po odejściu od stołu - tolkienowska zagadka ;)


„Możemy pobawić się w zagadki - odparł Bilbo myśląc, że trzeba być uprzejmym, przynajmniej na razie, póki się nie dowie czegoś więcej o tym stworzeniu, czy jest tutaj sam zupełnie, czy jest dziki, krwiożerczy i głodny i czy nie jest przypadkiem sojusznikiem goblinów. 

'Pudełko bez zawiasów, klucza ani wieka,
A przecież skarb złocisty w środku skryty czeka."

Grał na zwłokę, by tymczasem wymyślić coś naprawdę trudnego. Ta zagadka wydawała mu się bardzo oklepana i łatwa, chociaż ją wypowiedział trochę innymi słowami niż zwykle. Ale dla Golluma zadanie okazało się bardzo trudne. Syczał sam do siebie, a nie mogąc znaleźć rozwiązania, szeptał i gulgotał.
Po chwili Bilbo się zniecierpliwił.
-No, więc co to jest? - spytał. - Sądząc z odgłosów, jakie wydajesz, myślisz, że chodzi o kipiący garnek, ale nie zgadłeś.
- Zossstaw szansssę, zossstaw szansssę mojemu ssskarbowi.
- Wiesz wreszcie? - spytał znów po długiej chwili Bilbo. - Zgadłeś?
Nagle Gollum przypomniał sobie, jak przed wielu laty okradał gniazda i siedząc pod skarpą rzeczną uczył swoją babkę wysysać...
- Jajko! - powiedział. - Jajko!” 
(J. R. R. Tolkien - Hobbit, czyli tam i z powrotem; rozdz. 5 zagadki w ciemnościach)



czwartek, 2 kwietnia 2015

Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci. Janusz Korczak


Kiedy rozważałam możliwe tematy, które mogłyby uhonorować dzisiejszy Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci, wpadło mi do głowy, aby zająć się tematem tym razem nie bajek, czy estetyce ilustracji (co uczyniłam w latach poprzednich), ale człowieka, który pod opowieścią dla dzieci się podpisał.

Mój szkic brał pod uwagę kilku literackich kandydatów, ale ostatecznie wygrał Janusz Korczak. A stało się to niedawno. 27 marca, po prawie trzech latach rozpraw Sąd Rejonowy Lublin-Zachód wydał wyrok, jednoznacznie wskazujący rok 1942 jako datę śmierci Janusza Korczaka. 
Oznacza to, że spuścizna literacka tegoż autora trafiła właśnie do domeny publicznej. Obecnie na Wolnych Lekturach przeprowadzana jest zbiórka pieniędzy. Umożliwi ona w przyszłości (zgodnie z prawem) bezpłatne pobieranie z tegoż portalu zdigitalizowanych książek Janusza Korczaka.



Ale kim tak właściwie jest Janusz Korczak? Pisarz, lekarz, wychowawca sierot, orędownik praw dziecka, Żyd, który zginął w Treblince – tyle wiemy zazwyczaj.
Wiele lat swojego dorosłego życia poświęcił dzieciom, ale przecież i sam nim kiedyś był. 

Igor Neverly, którego nota jest wstępem w moim egzemplarzu „Króla Maciusia Pierwszego” opisuje Henryka Goldszmita (bo takie jest prawdziwe nazwisko Korczaka) jako dziecko samotne, a więc łaknące towarzystwa rówieśników, ale jednocześnie inteligentne. Mimo iż przez ojca często określane durniem lub cymbałem:

„Całe godziny mógł się bawić klockami. Wcale nie chcę powiedzieć, że to gorsze od patrzenia godzinami w telewizor, bynajmniej, mówię tylko, że te klocki, którymi Henio bawił się zbyt długo, jego wyjątkowo spokojny, łagony charakter i zamyślenie, i inne cechy zaniepokoiły  w końcu rodziców.
- Ten chłopiec nie ma ambicji – powiedziała matka, pani Cecylia. – Jemu wszystko jedno co je, jak się ubiera, czy bawi się z dziećmi swojej sfery, czy ze stróżakami. Nie wstydzi się bawić z małymi.
- Spokojny, nie słychać go, nie wie się nawet, że dziecko jest w domu – martwił się pan Józef. – Wolałbym, żeby psocił, szyby tłukł, tobym płacił i wiedział, że rośnie człowiek, który nie da się skrzywdzić.
- To mądre, wrażliwe dziecko – broniła go babcia. – Czasem powie coś takiego albo tak spojrzy, aż dech zapiera…
- Oj, proszę państwa, mądry to on jest – potwierdziła skwapliwie panna Maria. – W Ogrodzie słuchają go starsi panowie.
- Jacy znów panowie?
- A pan rejent Rybczyński, kapitan Cepieńko, ten w maciejówce, bez ręki, i siwiutki prezes Nowomiński. Czekają naszego Henia, żeby porozmawiać, podyskutować. Pan prezes mówi – cudowne dziecko, a pan kapitan – geniusz!
- Dosyć – zirytował się pan Józef – jeszcze trochę, a chłopak dostanie bzika… Niech idzie do budy!”



Tak naprawdę, jak podkreśla Agnieszka Kruszyńska w artykule Rymsa (numer zima/wiosna 2013), w zdolności młodego Henryka Goldszmita wierzyła tylko babcia. Jak dodaje Neverly chętnie go słuchała, a przy tym częstowała rodzynkami i mawiała na niego filozof.

Korczak wywodził się z majętnej żydowskiej rodziny prawników i lekarzy. Śmierć ojca spowodowała jednak finansowy upadek rodziny. Korczak miał wówczas 11 lat i uczęszczał do szkoły. Wpada on wtedy w wir czytania i pierwszych literackich prób. Nie bez przeszkód – zjadliwie komentuje to bowiem jego szkolny wychowawca:

„Goldszmit nie ma czasu na naukę! Goldszmit chce pisać w kurierkach po dwie kopiejki od wiersza!”


Faktycznie jednak narodziny literackiego Janusza Korczaka, to dopiero drugi rok studiów medycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Neverly snuje kolejną część biografii:

"W druku po raz pierwszy ukazał się Janusz Korczak. Stało się to dzięki Kraszewskiemu i pomyłce zecera.
Ogłoszono w Warszawie konkurs literacki dla młodych. Henryk napisał sztukę teatralną. Kończył przepisywanie na czysto w ostatnim dniu konkursu. Miał włożyć do dużej koperty i oznaczyć jakimś zmyślonym godłem, żeby sędziowie konkursu nie wiedzieli, czyją pracę oceniają, a dopiero w małej zapieczętowanej kopercie należało podać prawdziwe nazwisko i adres. Otóż Henryk bardzo się spieszył, była godzina dziesiąta, a tylko do dwunastej przyjmowano jeszcze utwory na konkurs, do tegoż jeszcze miał w tym czasie egzaminy, nie wiem jakie (…), pamiętam tylko, że powiedział:
- Bardzo się spieszyłem. W ostatniej chwili przypomniało mi się, że jeszcze nie wybrałem sobie godła! A na stole leżała akurat książka Kraszewskiego „Historia o Janaszu Korczaku i pięknej miecznikównie”. Niewiele myśląc napisałem: Janasz Korczak.
Janaszowi Korczakowi przyznano wyróżnienie. Ale zecer składając listę nagrodzonych i wyróżnionych pomylił się w imieniu o jedną literkę i w gazecie ogłoszono: Janusz Korczak. I tak już zostało.”





Anna Czerwińska – Rydel, autorka biografii o Korczaku dla dzieci pt. „Po drugiej stronie okna. Opowieść o Januszu Korczaku” w wywiadzie udzielonym Ewie Skibińskiej (ten sam ww. numer Rymsa) próbowała zrozumieć i wyjaśnić życiorys Korczaka. Podkreśla, że zbyt często mówi się o nim jako ofierze antysemityzmu, ale zapomina o tym, jakim człowiekiem był na co dzień: pogodnym (mimo wszystko), pozytywnie zwariowanym, wyczulonym na krzywdę najmłodszych, propagatorem traktowania dzieci jako mniejszych dorosłych.







Rok 2012 ogłoszono był Rokiem Korczaka. Oprócz szeregu przedsięwzięć wznowione zostały wydania książek Korczaka, a także pojawiły się tytuły okołokorczakowskie.
„Pamiętnik Blumki”, „Prawidła życia”, „Bankructwo małego Dżeka”, czy ww. biografia dla dzieci, to ciekawe tytuły, które sygnalizuję właśnie dzisiaj z okazji Międzynarodowego Święta Książki dla Dzieci.




Ciekawa jestem, czy Wy, podobnie jak ja – przeczytaliście dotychczas tylko „Króla Maciusia Pierwszego”, czy może jednak znacie się bardziej ze Starym Doktorem?





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...